czwartek, 10 września 2009

9月11日 czyli zdjęcia z mojego japońskiego "zarobkowania"...



szanowni paneliści :)))


szanowne zgromadzenie....




A tu zapewne robię wykład na temat ile palników mają europejskie kuchnie:)

p.s. W dalszej części dnia, jeśli wciąż będę odkładać pisanie prezentacji po japońsku (np. sprzątając, porządkując zdjęcia na komputerze, etc.) jest szansa na kolejny wpis, tym razem na temat ostatnich akademikowych dni w Minoh...(trochę nostalgicznie nam się robi, więc chociaż ławki bardzo niewygodne, całe dnie spędzamy teraz razem przed akademikiem, każdy ze swoją robotą - nic dziwnego, że od poniedziałku moja prezentacja nie rozwinęła się ponad tytuł;-)

niedziela, 6 września 2009



Kobe by day, by sunset and by night....czyli highlights mojego pełnego przygód weekendu...

Ostatnio, czas w Minoh jest tak zagęszczony, że trudno mi wybrać te urywki, które warto opisać, a wszystkich opisać nie zdołam, bo musiałabym spędzić chyba 10 godzin przed komputerem (przeciętny wpis zajmuje mi średnio dwie godziny). Tak więc o tym co najważniejsze/najciekawsze/najzabawniejsze...

Z rzeczy najważniejszych, podpisałam wstępną umowę na mieszkanie i koło 20.09 zaczynam proces przeprowadzki (dość skomplikowany, bo od odjeżdżających Polek dostałam np. dużą lodówkę, telewizor, mikrofalówkę a na pobliskiej sayonara sale, czyli wyprzedaży opuszczających Japonię studentów kupiłam bardzo tanio ekspres do kawy i toster). Znaczy się, bez firmy przeprowadzkowej, raczej nie dam sobie rady, bo nawet moi tutejsi kumple chyba jednak nie są aż takimi mięśniakami, żeby dać radę, zwłaszcza lodówce:) Zdjęcia mieszkania pojawią się na pewno tuż po przeprowadzce, ale z wieści podstawowych: mieszkanie jest jak na japońskie mieszkania, baaardzo luksusowe, czyli mimo że na całe mieszkanie przypada tylko jedno okno - balkonowe (jak wszędzie, nie wytropiłam jeszcze dlaczego?!??żeby mniej słońca wpadało???), łazienka jest trzy razy większa niż kuchnia, balkon w zasadzie też jest większy niż kuchnia (nie wiem dlaczego oni wszystko robią większe od kuchni!?!), mimo tych wszystkich typowo japońskich właściwości, mieszkanie jest czyste, nowe (w trzy lata temu wybudowanym betonowym budynku, co jest ważne dlatego, że bez centralnego ogrzewania w niebetonowych, tradycyjnych japońskich budynkach ponoć zimą temperatura może spaść do 15 stopni celsjusza, wewnątrz mieszkania, of course), z ładnym widokiem na pola ryżowe, a co! Jak już mieszkać na wsi, to od początku do końca, takie widać było moje japońskie przeznaczenie. No ale na uniwesytet będzie blisko, cała polsko-tajska ekipa też będzie mieszkać w pobliżu, więc chwilowo jestem dość zadowolona z wyboru, mieszkanie nie jest - niestety - najtańsze, no ale tanie mieszkania, które widziałam, trochę mnie jednak odstraszały różnymi rzeczami, głównie tym, że wszystkie miały takie polowe, jednopalnikowe elektryczne kuchenki...I mikro zlew. Plus wszystko to było częścią pokoju, tak więc szansa na pozbycie się zapachów kuchennych w pokoju, gdzie się śpi, byłaby raczej marna...W Polsce chyba nawet najtańsze studenckie mieszkania mają małą, ślepą kuchnię, idea kuchni i pokoju w jednym jest Europie raczej obca...(i całe szczęście!) No więc moja kuchnia jest oczywiście w przedpokoju (bo jak kuchnia nie jest w pokoju to na 100% będzie w przedpokoju) i jest ślepa, ale jest nowa, ma dwa gazowe palniki i okap (szczyt luksusu) i nawet mini mini grill (bo idea piekarników to już w ogóle jest w tym kraju nieznana, mikrofalówka co najwyżej może służyć za piekarnik, ani razu jeszcze nie widziałam w sklepie ze sprzętem kuchennym prawdziwego piekarnika). Zmieści się tam jeszcze lodówka i mikrofalówka i to oczywiście by było na tyle, ale jak już mówiłam, jest to szczyt luksusu na jaki mnie i Japonię stać, więc się bardzo cieszę, że będę miała na czym i gdzie gotować. Suma summarum, liczę na to, że zaprzyjaźnię się z moim nowym mieszkaniem i że będzie to równie fajne doświadczenie jak mieszkanie w akademiku, który po sześciu miesiącach jest mi żal opuścić, bo przyzwyczaiłam się już do mojej łazienko-szafy, a ostatnio, jako że mieszkamy na piętrze tylko we trójkę, życie w akademiku stało się całkowicie bezkonfliktowe i wręcz wygodne. No ale, dziwnie by było przemieszkać w akademiku dwa lata, myślę, więc czas na nowy rozdział mojego nihon no seikatsu (japońskiego życia)...

Co się zaś tyczy tego mojego tutejszego życia, to pośród niezlicznych wydarzeń tego weekendu kolejne wydarzenie warte opisania wiąże się z odkryciem, jaki jest najprostszy znany gajdzinowi sposób zarobienia pieniędzy w Japonii...???
Odpowiedź? Wystarczy, żeby był gajdzinem!
Jak się martwiłam wynajęciem mojego mieszkania i rozmawiałam o tym z różnymi osobami, to okazało się, że w Japonii czekają na mnie różne ciekawe propozycje zarobkowe. I tak np. sławetne obaciany, dla których piekłam ostatnio mazurki postanowiły zaprosić mnie, żebym zrobiła dla Japończyków lekcję pieczenia ciast i tym podobnych jakoś tak w październiku-listopadzie. Nie powiem, ucieszyło mnie to, nauczyłabym ich piec za darmo, ale miło będzie dostać wynagrodzenie za moje życiowe hobby:))) A pieniądze zadziwiająco duże. Ale to nie koniec tej historii. Następnie dostałam od Ahmeda zaproszenie na panel dyskusyjny jakiejś takiej organizacji, która gromadzi japońskich wolontariuszy, którzy chcą pomagać biednym gajdzinom w potrzebie. No i Ahmeda zaprosili jako panelistę, wraz z czterema innymi gajdzinami, żeby opowiedział, jak mu trudno było na początku w Japonii, zanim go oświeciła wspaniałość i wyższość japońskiej kultury nad każdą inną (ta złośliwość to oczywiście mój wytwór, nie tytuł panelu:). Pomagałam Ahmedowi przygotować jego prezentację, no i chciałam poznać kogoś z tej organizacji, więc pojechałam tam z nim w sobotę, a tu zaraz w drzwiach pani dziękuje Ahmedowi, że mnie przyprowadził, bo może ja też wezmę udział w panelu? Okazało się, że jakaś panelistka z Australii się rozchorowała i oni bardzo by chcieli, żeby moja biała twarz uświetniła ich panel, bo inni paneliści byli głównie z Azji, no i Ahmed z Libanu, tak więc potrzebna im była biała twarz do panelu, bo co to za gajdziński panel bez białej twarzy, prawda? No więc ja mówię, że nic nie przygotowałam, że może następnym razem, że wolałabym dziś być zwyczajnym gościem i tylko posłuchać, na co pani postanawia użyć wobec mnie bardzo przekonywującego argumentu i mówi: "Jako zwykły gość musisz zapłacić 200 yenów, panelistom płacimy my". No i jak tu nie dać się przekonać? Zgadzam się i już po chwili wysilam mózgownicę, bo panel ma potrwać około 4 godzin, więc coś tam jednak muszę powiedzieć a tu w głowie "taka pustka" (Migotko, pamiętasz, oczywiście naszą grę słów...:)...Najpierw się zestresowałam, ale po chwili powiedziałam sobie: no cóż, skoro mam opowiadać o trudnościach w życiu gajdzina, to równie dobrze mogę z siebie zrobić głupią gajdzinkę, a im to i tak będzie pasowało, w końcu po to jest ten panel, żeby wolontariusze przekonali się, jak bardzo gajdzini są zagubieni w japońskiej rzeczywistości i żeby mieli poczucie sensu swojej organizacji. No więc potem odpowiadałam na pytania jakoś tak na luzie, pod względem językowym nie plasując się nawet na ostatnim miejscu (coż, to dlatego, że Ahmed uczy się japońskiego dopiero od 5 miesięcy, więc dużo w tym mojej zasługi nie ma, no ale inni paneliści mieszkają w Japonii od 4, 7 lub 30 lat, więc nie mam też co sobie wyrzucać). Potem były różne bardzo poważne pytania, czyli np. jak wygląda polskie lato?Potem jeszcze raz dyskusja w grupach, indywidualnie, potem różni ludzie postanowili mnie "adoptować" (conajmniej trzy rodziny) po tym, jak powiedziałam, że niestety nie mam w Japonii żadnej host family, a na koniec wręczono mi kopertę (sic!) z moimi pierwszymi pieniędzmi zarobionymi w Japonii...Nie powiem, jak na to, że zapłacili mi po prostu za to, że opowiadałam o swoich idiotycznych błedach (np. odkłanianie się sprzedawcom w sklepach przez dwa pierwsze tygodnie mojego życia w Japonii) językowo-pragmatycznych, wynagrodzenie trzeba uznać za bardzo hojne (coś koło 120 PLN). A od wczoraj dostałam ctak onajmniej pięć maili z podziękowaniami, zaproszeniami do japońskich domów, na kolejne eventy stowarzyszenia, etc...Takie właśnie zaskakujące czasem bywa gajdzińskie życie...

[piszę ten wpis od 3 godzin z przerwami, więc niestety nie dokończę go dzisiaj, chociaż nie dotarłam jeszcze do historii, jak się z Mauricio wygłupialiśmy w piątek w metrze, śpiewając np. Freddiego Mercurego i słuchając samych przebojów z lat 80-tych na jego iPhonie ani do dnia wczorajszego spędzonego w Kobe...no nic...może niech się te historie uleżą, to się lepiej napiszą, a tymczasem miłego początku tygodnia dla wszystkich pracujących, umęczonych, utrudzonych, tęskniących za swoimi drugimi połówkami, tęskniących za wakacjami, etc...]

p.s. Uczestnicy panelu nie byli poszkodowani opłatą członkowską, muszę przyznać, sama zapłaciłabym dużo więcej za historię Mongołki o tym, że jak pierwszy raz zobaczyła japońską toaletę (bidetowa dziura w ziemi, krótko rzecz ujmując, teraz w każdym dużym budynku jest przynajmniej toaleta "zachodnia" obok kilku kabin japońskich..no, czasem nie ma....) i nie wiedziała co się z nią robi i zastanawiaja się w którą stronę ma się ustawić....Opowieść była barwna i wywołała gromki śmiech publiczności, moja opowieść o sklepach też, Ahmeda opowieści byłyby najciekawsze, ale blokował go trochę japoński, wiec tylko powiedział piękne zdanie: "Czasem Japończykom się wydaje, że są grzeczni, ale właśnie wtedy oni wcale nie są dla mnie grzeczni."

"ja ne" czyli japoński odpowiednik papa!

czwartek, 3 września 2009

9月4日 czyli mądrości życiowe pewnego Libańczyka...

Ostatnio miałam kilka trudnych dni, wiele wahań i wątpliwości co do mieszkania, etc. ale ponieważ wolę pisać o wesołych rzeczach, trochę odejdę od tematu i uraczę Was opowieścią zgoła o czym innym. Opowieść dedykuję komuś, kto mi ostatnio pisał o tym, jak fajnie jest poznawać nowych ludzi (nawet, a może zwłaszcza, jak się jest "lubiącym podróże domatorem"), BTW, może ten ktoś się odważy ten wpis skomentować, hum?

Ostatnio spędzam 80% mojego czasu z Janą i Ahmedem, tak jakoś wyszło, ze względu na chorobę Jany i to że Ahmed nam obu gotuje odkąd ona choruje, i ze względu na to, że był ze mną oglądać mieszkania do wynajęcia, jednym słowem, ostatnio gdzie się nie obejrzę, tam Ahmed:) dosłownie, spędza w naszym akademiku każdy wieczór, a że obecnie mieszkają tam tylko trzy osoby (ja, Miuu i Jana) został praktycznie "adoptowany".
Ale, ale, uprzedzę fakty, żeby nie bylo jakiś komentarzy powiem tak, Ahemedowi podoba się Jana i japońskie nauczycielki ze szkoły językowej. Więc nic z TYCH rzeczy, po prostu jedna z najciekawszych postaci mojego tutejszego świata, warta przedstawienia szerokiemu gremium. Jeśli go dotychczas nie przedstawiła, to tylko dlatego, że Ahmeda ująć w jakiekolwiek ramki się nie da, jego trzeba poznać, zobaczyć, a przede wszystkim usłyszeć. Jest on jeszcze barwniejszą postacią niż Jana, a to już samo w sobie wiele mówi...Siedzę sobie właśnie z nim na ławkach przed akademikiem, no i doszłam do wniosku, że jeszcze ciekawszą historię niż historia wybierania mieszkania będzie opowieść o najbarwniejszej postaci "męskiego" akademika.


Ahmed ma 27 lat i jest Libańczykiem, praktykującym muzułmaninem (od dwóch tygodni trwa ramadan, więc go podziwiamy, bo nie pić w ten upał to dla mnie czysty heroizm), który przyjechał do Japonii robić badania z dziedziny software engeneering. Ahmed nie mówi normalnie, tak jak reszta globu,jak mówi, to tworzy cały teatr gestów, dźwięków, a zwłaszcza wykrzykników (na bardzo wysokich tonach, jego, jak i Janę, słychać z odległości kilometra zdaje się:). Do jego ulubionych wykrzykników należą:
"Noooooooooooooooooooooooooooooooo" i "Of course yes!!!!!!!!!!!"
Ale to dopiero początek, jak się rozkręci, nie ma chyba ciekawszych metafor i opisów, ciekawszych historii niż przypadki życiowe Ahmeda...I ciekawszych tematów.
Więc żeby przedstawić wszystkim tę barwną osobowość zdecydowałam się przytoczyć parę scenek, ku pamięci....(niektóre opowiadałam Wam w Polsce na żywo, wybaczcie powtarzalność, zapisuję je, żeby sama nie zapomnieć )

Scenka pierwsza:
Moja pierwsza rozmowa z Ahmedem (sprzed półtorej miesiąca, zdaje mi się, ale nie sposób jej zapomnieć):

Ahmed: So what do you study?
ja: the japanese language
Ahmed: hmm, the japanese language, the japanese language is not the language of romance! It is everything but NOT the language of romance. French is the language of romance, but japanese, I don't know of what...it is the language of what...?I don't know, but NOT (tu wchodzą na scenę gwałtowne gesty i wykrzykniki, conajmniej cztery) the language of romance!!!!!!!!

Scenka druga:
Ahmed (patrzy na japońskie dziewczyny z grupy krykietowej wracające z treningu w dresach i tenisówkach): Aaaa....the japanese ladies...the ESSENCE of romance!

Komentarz: jakby ktoś się nie domyślił, to była ironia, ale naprawdę świetnie udawał rozmarzenie, jak to mówił, prze okazji: piszę po angielsku, bo nie wiem, jak przetłumaczyć jego perełki językowe, jego angielski jest uroczy i jedyny w swoim rodzaju, a kluczowymi słowami są "ladies" zamiast "women" i "romance" przez duże r;

Scenka trzecia:
Ahmed
(opowiada mi i Węgierce, Zuzannie, o tym, jak się zakochał w swojej japońskiej nauczycielce): And so I tell her I love her and she?!?!?!? Nothing (nie muszę dodawać, że towarzyszyło temu z dziesięć wykrzykików, prawda?)!!!!!!!! She stood there, like a wood, I don't know...Maybe a tree, if you told it you love it it would fall or something but she?!?!?!?! Noooooooo!!!!

Scenka czwarta:
Ahmed
: (stoimy na przystanku i czekamy na autobus, Ahmed pokazuje mi książkę [tu: uwaga na tytuł!] "The psychology of computer programming")
I llllike this book, it speaks to me, it understands me, you know....I really, really like it!

Komentarz: bez komentarza, każdy kto mnie zna, musi się domyślić, że ten tekst mnie powalił na kolana:)))

Scenka piąta:
Ahmed:
(czekamy na pociąg w poczekalni, wracamy albo jedziemy do szpitala z Janą, ale już po największym strachu) Sooo, how will God help us today, hmm???

Scenka piąta:
Może bardziej o Ahmedzie, ale bardzo mnie rozśmieszyła, zwłaszcza jego pod kątem jego reakcji....Scenka zarysowywuje się następująco: jesteśmy w zeszłą niedzielę w kościele, gdzie po mszy spotykam Polkę, która tu mieszka od 24 lat i jej męża, Japończyka, ów mąż patrzy na Ahmeda i mówi: "O, wyglądasz zupełnie jak Jezus Chrystus". Jak to Ahmedowi przetłumaczyłam, to oddychał głęboko przez 10 minut, cały czas krzycząc: "Oh, my God!!!!This is unbelievable!!!He said I am prophet?!?!?! This is unbelievable!I always knew I was different, that I have a message..."

I tym optymistycznym akcentem, że każdy ma swoją misję do wypełnienia wśród narodów świata, kończę swoją misję opisywania mojego małego, acz barwnego japońskiego świata, mając nadzieję, że co poniektórym te opowieści umiliły ciężki, ostatni dzień pracy w tym tygodniu!
Następna opowieść będzie o mieszkaniu (znalazłam), albo o mojej dzisiejszej wyprawie z Dawidem i Mauricio do Osaki (Mauricio wylał wczoraj colę na swój nowiutki komputer, więc zawozimy go do naprawy, bo reanimacja suszarką do włosów nie pomogła:((((

niedziela, 30 sierpnia 2009


8月30日 czyli o tym, jak wiele przygód wciąż jeszcze czyha na mnie w tym obcym kulturowo (i chyba duchowo jednak też) kraju...

Tyle się wydarzyło od mojego powrotu, że aż nie wiem, od czego zacząć...Chyba będzie porcjami, bo mam aż diwe duże dykteryje;)
Zacznę może od mrożącej krew w żyłach opowieści o japońskiej służbie zdrowia, z którą zapoznałam się dość dokładnie za sprawą Jany, Brazylijki, której coś zaczęlo rosnąć w skórze w błyskawicznym tempie w związku z czym musiała się poddać zabiegowi w pobliskim szpitalu. Od dawna wszyscy powtarzali mi tu taką mantrę, że lepiej leczyć się lekami z Polski niż iść do japońskiego lekarza. Nie powiem, słyszałam to już od tylu osób, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać o co w tym wszystkim chodzi. Ciekawość źródłem wszelkiego poznania, a zatem dane mi było temat zgłębić...Na operację wiozłam Janę nie ja, tylko inni koledzy, tak więc z Jany opowieści wiem tylko, że np. w Japonii nie wynaleźli jeszcze rozpuszczalnych szwów i zszywali ją przy użyciu zwykłych szwów i kawałka metalu (?!?!?) oraz że po operacji, która była ponoć dużo poważniejsza niż wycięcie znamiona, wypuścili ją do domu bez żadnych środków przeciwbólowych...No i się zaczęło, oszczędzając szczegółów co wrażliwszym (mowiłam, że mrożąca krew w żyłach opowieść), popołudniu Żana zaczęła krwawić i wić się z bólu, paracetamol i okłady z lodu nie pomogły, więc zaczęło się szukanie kogoś, kto by ją zawiózł do szpitala. Mnie przypadła w udziale rola towarzysząca, w roli kierowcy wystąpił natomiast supervisor naszych akademików, który na szczęście mieszka na kampusie. Jedziemy sobie zatem do szpitala, a supervisor nam tłumaczy...."wiecie, teraz nie jest dobra pora, żeby jechać do szpitala..." Hmmm, trochę nie wiemy o co mu chodzi, on próbuje wytłumaczyć. "Szpitale w Japonii pracują rano, popołudniu tak do 17-tej, potem w zasadzie nie ma już lekarzy, no bo przecież ludzie nie chorują co godzina i w naszej okolicy też nie ma wypadków drogowych co godzina, więc lekarzy nie ma, może w dużym jakimś szpitalu, no ale w tym, do którego jedziemy, to chyba nie..." Trochę się zaczynamy zastanawiać, jaki szpital nie ma lekarza po 17-tej popołudniu, no ale nic to, nawet pielęgniarka może Janie pomóc, w końcu trzeba po prostu zobaczyć co z tą raną i dać jej cokolwiek przeciwbólowego...Parkujemy przed szpitalem, wysłuchując drugiego, wielce pouczającego wykładu na temat japońskiej służby zdrowia. "No, nie dali ci nic przeciwbólowego, a boli, nie? tak, tak, wiem, to strasznie boli po operacj, no ale widzisz, teraz jest taka nowa polityka w szpitalach, żeby leków nie dawać, wiem, wiem, to niedobrze, no ale oni teraz tak robią..." Naszemu zdziwieniu nie ma końca, co to za szpital bez leków i lekarzy?!?!? No nic, wchodzimy, czekamy na lekarza, po kilku minutach w atmosferze przygaszonych sennie świateł (w istocie, wygląda na to, że o tej porze szpital "nie pracuje") człapiąc miękkimi chodakami przychodzi lekarz. Janą jest mało zainteresowany, trochę słucha tłumaczenia naszego supervisora, ale tak naprawdę nawet Jany dokładnie nie ogląda, każe tylko zmienić opatrunek i mówi, że da coś przeciwbólowego. No dobrze, nie kłócimy się, w końcu on lekarz, to chyba wie, co robi, liczymy, że jakoś to będzie. Zostajemy w końcu wyproszeni do poczekalni, gdzie pielęgniarka ma nam dać leki. Jana daje jeszcze taką karteczkę lekarzowi, na której jest napisane, że jest uczulona na aspirynę. Po dziesięciu minutach w poczekalni wychodzi pielęgniarka i tłumaczy, że Jana ma wrócić do szpitala jutro rano, bo dziś - ze względu na jej alergię - lekarz na dyżurze "nie może wziąć odpowiedzialności za jej leczenie i nie przepisze jej żadnego środka przeciwbólowego". Pielęgniarka zaleca "wytrzymanie bólu" do jutra przynajmniej, a tak najlepiej to w ogóle, bo ból po kilku dniach na pewno przejdzie...Cóż, Jana, Brazylijka z krwi i kości, nie jest fanką japońskiej polityki "wytrzymywania" różnych rzeczy, więc wyraża się średnio parlamentarnie, naciska na naszego supervisora, on naciska na pielęgniarkę, na co ona odpowiada: "Nie mamy w szpitalu innych leków przeciwbólowych niż aspiryna, przykro mi". Ja głupieję, bo co to za szpital, co ma tylko aspirynę, więc pokazuję jej mój paracetamol i pytam się, czy mogę jej to dać, żeby coś jej pomogło, na co jeszcze bardziej profesjonalnym tonem pielęgniarka odpowiada mi: "Nie, nie, niech mi pani nie pokazuje, ja się nie znam na zagranicznych lekach". Konsternacja moja sięga zenitu, Jany wściekłość też, ale ból przeważa, pakujemy się i jedziemy do domu...W nocy Janę boli tak, że obdzwania wszystkich pytając, czy nie mają czegoś silniejszego niż mój paracetamol ekstra, bo nawet 2 tabletki nie działają, w końcu przyjeżdża jej na pomoc ktoś z innego akademika z odpowiednikeim naszego ketonalu, czy jakoś tak, dzięki któremu wreszcie zasypia...Ja nie mogę spać, bo następnego ranka, to ja mam jechać z Janą jako tłumacz, nasz supervisor nie może:( Poza tym na dobranoc Jana uraczyła mnie jeszcze historią o tym, jak nasz kolega Amerykanin miał coś z płucem i jedno płuco mu w zasadzie wysiadło, przyjechała karetka i ponoć do szóstej rano go wozili po miastach i wioskach, właśnie dlatego, że nie miał i nie chciał go nikt przyjąć w tych szpitalach, co "nie pracują w nocy", więc czekali, aż gdzieś przyjdzie jakiś "poranny lekarz", który jest chyba tutaj odpowiednikiem znaczenia "cokolwiek wykwalifikowany"...
Następnego dnia dzielnie wstaję o 7 rano, mimo jetlag-u, na który teraz cierpię w odwrotną stronę niż w Polsce, i wraz z Ahmedem (który ma stanowić nasz support moralny) i Janą - pacjentką - wyruszamy ponownie do tegoż samego szpitala. W szpitalu dużo ludzi, ale jakoś nawet dajemy sobie radę. Najlepszy jest Ahmed, który wszedłwszy do jakiegokolwiek budynku (nawet jeśli jest to szpital) zdejmuje buty, chyba nie tyle przez grzeczność, co dlatego, że mu tak wygodniej. No więc czekamy sobie, ja, Jana i Ahmed w dresie i skarpetkach, aż wreszcie Szanowny Pan Lekarz nasz przyjmuje. No i pomijam kwestię, że sam z siebie też nie bardzo miał ochotę dać jej jakieś środki przeciwbólowe, czy antybiotyk, ale jak mu powiedziałyśmy, że potrzebuje środków przeciwbólowych innych niż aspiryna, to on musiał dzwonić do kolegi, żeby się zapytać, jakie są inne środki przeciwbólowe...To mnie naprawdę rozłożyło na łopatki...Nie jestem lekarzem, ale znam inne środki przeciwbólowe niż aspiryna. Jeśli Japończycy są opodatkowani tytułem bezpłatnego kształcenia lekarzy, to chyba bym na ich miejscu przestała płacić podatki! W ogóle lekarz wyglądał jakoś tak trochę, jakby był opóźniony w rozwoju, więc już naprawdę zaczęłam się martwić o japońską służbę zdrowia. Jakim cudem oni są tacy długowieczni, nie mam pojęcia. Jest to jedna z tajemnic nie do pojęcia dla przeciętnego "Gajdzina" (kto nie czytał Bruczkowskiego, niech przeczyta;)....
Po tym wszystkim czekała nas jeszcze wesoła wizyta w aptece, gdzie już technologia była bardziej do przodu i gdzie wydrukowali Janie nawet kartkę z kolorami tabletek, żeby się nie pomyliła, co jest antybiotykiem, a co nie jest (wiadomo, Gajdziń nie kuma arcyskomplikowanego pisma japońskiego, nawet jak studiuje na japońskim uniwersytecie;). Wracając dostaliśmy głupawki, co zaowocowało tym, że w sklepie spożywczym z powodu marchewki, dwóch ziemniaków i cebuli włożonych do jednego woreczka (a nie do trzech, mimo, że wszystko było w TEJ SAMEJ cenie) wzywali do nas przy kasie pięć różnych kierowników sklepowych, żeby się upewnić, czy nam można te marchewki sprzedać z ziemniakami, czy nie. Doprawdy, ten kraj nie przestanie mnie zadziwiać...Suma summarum, zapoznałam się z arkanami japońskiej służby zdrowia i teraz powtarzam za Janą: lepiej w Japonii nie chorować!

Piszę i piszę, więc czas skończyć, choć historii z dzisiaj też nie brakuje. Dziś spędziłam dzień z Ahmedem, poczynając od porannej mszy (w kościele katolickim myślą chyba, że ze mnie jakaś polska misjonarka, bo nigdy nie chodzą tam ze mną Europejczycy czy katolicy, a zawsze Muzułmanie, ale to dlatego, że tylko oni chcą iść do kościoła i się mnie pytają, czy mogą iść ze mną), a skończywszy na oglądaniu razem mieszkań do wynajęcia (taaaaak, jeśli bym i to spróbowała opisać dziś, to wyszedłby chyba kilometrowy wpis, powiem tylko tyle, że np. wszystkie japońskie kuchnie w kawalerkach znajdują się centralnie w przedpokoju!I są trzy razy mniejsze niż łazienka, ku mojemu wielkiemu oburzeniu, bo wolałabym mieć większą kuchnię a mniejszą łazienkę, w końcu póki co już ponad 4 miesiące się kąpię w szafie;)))
OK, wystarczy na dziś, idę spać, bo jutro kolejny rajd po mieszkaniach...Trzymajcie, proszę, kciuki, bo znaleźć przyzwoite mieszkanie w Japonii graniczy z cudem (no chyba, że jest się Rockefellerem)

czwartek, 27 sierpnia 2009

8月28日 czyli back to Japan!!!












Z dużym żalem, że zostawiam Polskę (Warszawę w szczególności!!!), po wspaniałych "polskich wakacjach" wyruszyłam przedwczoraj z powrotem na podbój ziemi japońskiej. Na zdjęciach mój przeddzień i dzień odlotu, w wolnej chwili uzupełnię bloga o zdjęcia wakacyjne, ale na razie melduję po prostu, że jestem już back in Japan oraz że wszystkim strasznie dziękuję za spotkania, czas razem spędzony, słowa zachęty i wsparcia...Wczoraj moi "tubylcy" stwierdzilli, że wróciłam i " aż się święce"( z radości) :))) I że w Polsce chyba słaba kuchnia, bo schudłam:D (to Miuu i Mauricio, który, nota bene, też schudł za mojej niebytności) Ale za to dobre słodycze (te, co im przywiozłam). Jedliśmy wczoraj ptasie mleczko z Janą i Ahmedem na dachu akademika (w Japonii wszędzie można wchodzić na dachy, są ogrodzone i wyłożone czymś innym niż papą), którzy głośnymi krzykami uczcili mój powrót. W sobotę za to będzie wielkie picie, bo wracają Kuba i Renia, a wyjeżdża zaprzyjaźniona Węgierka....A że Europa Wschodnia w ten sposób czci powroty/wyloty to muszę się zaopatrzyć w "ciuchaja" (nazwa japońskich drinków z alkoholem, sprzedawanych w puszkach, coś a la nasz breezer). Nazwa "ciuchaj" wybitnie przypadła do gustu mojemu szwagrowi, zdaje się, więc ją tu podaję ku utrwaleniu wiedzy!
No a od 1 września koniec wakacji, początek pracy....czyli poszukiwania mieszkania i pisanie swojego wystąpienia po japońsku w jednym...Tak więc póki mogę korzystam z ostatnich dni prawdziwych wakacji, jem ryż, za którym się niebywale stęskniłam, śpię, gadam z ludźmi i to by było na tyle:)
Jeszcze raz dziękuję rodzinie i przyjaciołom oraz mieście stołecznemu Warszawa;) za napełnienie mnie pozytywną energią na dalszą część mojego pobytu tutaj!!!
No i liczę na to, że mój blog wciąż ma jakiś czytelników, którym spotkanie raz na cztery miesiące samo w sobie nie wystarczy:) Dla Was to piszę...
Do następnej ciekawej dykteryji (słowo zaporzyczone, Krzysiu, myślę, że się nie obrazisz;)!