piątek, 23 października 2009

Introduction:
"We're friends, because she likes being embarassed. And I like to make her embarassed. (Jana)"


Wyrównaj do lewej10月23日 czyli opowieść o brazylijskiej księżniczce (w Japonii)...

(wpis na jesienną chandrę dla wszystkich, którzy mają jakieś jesienne i nie tylko smutki...mam nadzieję, że da radę chociaż wywołać mały uśmiech)

W ramach tego, że tęsknię za tymi, którzy opuścili wspaniałe, wielkie "miasto powiatowe" Minoh i pojechali studiować gdzie indziej (czyli w stronę cywilizacji, krótko rzecz ujmując), za akademikowym życiem towarzyskim, kwitnącym w naszej kuchni, oraz w związku z tym, że dotychczas nie pisałam dużo o Janie (nie, żeby była postacią drugoplanową, jest po prostu jedną z tych osób, którą najlepiej obejrzeć na żywo, inaczej można nie uwierzyć:D), chociaż przez ostatnie dwa miesiące stała się jedną z najbliższych mi tutaj osób, postanowiłam, że nadszedł czas, żeby opowiedzieć krótką historię o tym, jak zostałam pierwszą damą dworu pewnej brazylijskiej księżniczki...:) Poza tym lubię opowiadać o ludziach, których lubię (ha! tak samo opowiadam ludziom tutaj o tych, którzy ten wpis czytają, możecie być tego pewni;))).

Jana [Żana] ma 31 lat, jest Brazylijką, graphic designer z wykształcenia i z powołania i...sama w sobie jest zjawiskiem niezwykłym i fascynującym. Doszło do tego, że czasem rozmawiając z Kubą używamy terminu "janizm", który oznacza ni mniej ni więcej tylko filozofię życiową Jany. Taka jest bowiem powerful! Filozofia. I Jana też:)

Nie pamiętam, kiedy dokładnie, ale gdzieś w połowie naszego akademickiego życia zaczęłam tak ot, bez wyraźnej przyczyny, nazywać Janę księżniczką...Na początku był to taki żart, ale potem zorientowałam się, że pasuje to do niej jak ulał, co więcej zaczęli ją tak nazywać i inni, co dowodzi chyba trafności tego określenia. Some people are just born princess:)) No a później, w sposób równie naturalny, zostałam jej damą dworu, może w momencie, kiedy siedziałam z nią na sali operacyjnej podczas jej drugiej operacji w tutejszym szpitalu, może trochę później, tak czy siak, akademikowe koleżeństwo pomału zaczęło przeradzać się w przyjaźń...

Ale żeby nie było za bardzo patetycznie, kilka punktów z życiowej filozofii Jany (każdy może skorzystać, to naprawdę jedna z najdojrzalszych życiowo i emocjonalnie osób, jakie poznałam)...

Po pierwsze: be open!!!
Po drugie: be open!!!
Po trzecie: be open...!!!

Po czwarte: be honest.

I to by chyba było na tyle. Brzmi prosto? Hmm...No nie wiem, niech tak ktoś spróbuje być open we wszystkich dziedzinach i sytuacjach życiowych, to pogadamy...Bo bycie open oznacza nie tylko otwieranie się na ludzi, emocje, doświadczenia, niezależnie od ich natury (dobrej czy złej), przyjmowanie wszystkiego takim, jakim jest i akceptowanie ludzi, takimi jakimi są, ale też uzewnętrznianie swoich emocji, akceptowanie emocji innych ludzi, nieocenianie i nieosądzanie...W gruncie rzeczy wszystkie te rzeczy nie są tak proste, jakby się mogło wydawać i myślę, że fajnie jeśli są zawsze punktem docelowym...Bo dojść do niego cholernie trudno, przynajmniej zwykłym śmiertelnikom:)

Chyba znowu zrobiło się trochę gornolotnie...No nic, łyżka patetyzmu dziennie nie zaszkodzi:D
Na koniec mała porcja zdjęć, a dla chętnych film...


Ja i Jana, a w tle nasz akademik....

Ja, Jana i Edlira - bardzo sympatyczna Albanka

Ja i Jana na podłodze w "jadalni" naszego akademika

Kto ma ochotę zobaczyć Janę na żywo (opowiada na swoim blogu jak dostała paczkę ode mnie "na powrót do zdrowia", bo jej kłopoty zdrowotne ciągną się od dwóch miesięcy i końca nie widać...), ten może zajrzeć na jedną ze stron jej bloga...

http://ocaminhodeshikoku.blogspot.com/2009_10_01_archive.html

Dobrego weekendu, szczęśliwych urlopów i powrotów, kciuki na obronę (Peczyzerko, kick some ass!) i baaaaaaaaaaaaaaardzo, bardzo dużo ciepłych myśli dla mojej Młodszej Siostry...
A dobrego początku studiów dla Starszej:)))


środa, 14 października 2009

10月15日 czyli "nigdy nie myślałam, że..." po raz (no właśnie, który....?!???)

Pisałam o tym wielokrotnie...Jedna z moich kochanych współlokatorek zawsze mi dokuczała ("Nigdy nie mów nigdy, Adula, jeszcze zobaczysz...")...Somewhere deep inside wiedziałam przecież, że takie mówienie, czy myślenie się mści...Jakoś się tylko połowicznie mściło w Polsce, postanowiło za to się rozbuchać w Japonii...Nie umiem nawet wymienić rzeczy, które zrobiłam w Japonii, a o których kiedyś nigdy bym nie pomyślała, no albo po prostu I wouldn't see myself in the picture, no bo to w końcu nie chodzi o rzeczy z gatunku sex, drugs and rock&roll :P
Tyle ich było...Zabijanie karaluchów z zimną (prawie;) krawią, pójście na karaoke, śpiewanie przebojów z lat osiemdziesiątych na głos w japońskim autobusie (bo w nich się nawet komórek nie używa; to z Mauricio kiedyś tak śpiewaliśmy w drodze powrotnej przeboje z dzieciństwa:), modlenie się w buddyjskich świątyniach, a nawet w japońskim meczecie (po prawdzie łatwiej tam trafić niż do kościoła katolickiego!), jedzenie dziwnych rzeczy, a la pączek z curry czy słone mini-pączki z ośmiornicy - słynny przysmak Osaki (bleee...nie polecam, chyba, że ktoś lubi gryźć taką chrząstkową gumę...), tańczenie salsy, czy....pójście na reagge'owo-niewiadomojaki koncert MTV live, które to wydarzenie nastąpiło wczoraj....

Może ktoś z czytających wie, kto to Sean Paul...(to była największa gwiazda wieczoru, ten akurat chyba nie reagge...ale bo ja wiem;) Ja nie wiedziałam, na koncert poszłam, bo dostaliśmy darmowe bilety od znajomego Roberto (Roberto to zaprzyjaźniony z nami Meksykanin, nie wiem, czy gdzieś wcześniej się pojawił na zdjęciu, ale na pewno w opowieści o salsa klubie:)
Ogólnie wieczór był bardzo udany, nigdy, naprawdę nigdy, nie widziałam siebie próbującej się gibać w rytmie reagge, ale muszę powiedzieć, że było to fajne doświadczenie i bawiłam się lepiej, niż bym przypuszczała. Co jest chyba potwierdzeniem dwóch tez: pierwszej o tym, że każde doświadczenie jest pożyteczne i dobre, a drugiej, że nie ważne gdzie, ważne z kim:) No a towarzystwo, jak się śmiałam do Kuby, miałam doborowe - trzech przystojnych i inteligentnych mężczyzn:D

W tle widać plakat MTV live...Ponoć potem to pokazywali w japońskiej MTV, no ale nie wiem, czy się żeśmy załapali w kadr, chociaż Roberto i Kuba wysocy na tle Japończyków, więc się mogli wyróżniać....(poniżej: Roberto, Kuba, ja, Mauricio)




Na tym zdjęciu cała ekipa, wreszcie mogę pokazać, jak ubierają się Japonki, gdy na dworze 18 stopni (ruska czapka uszatka i mini spódniczka - kwintesencja japońskiej mody!!!!)

Na koncercie reagge opowieść się nie kończy, bo w tym tygodniu zaliczam same muzyczne imprezy, kto mnie zna (no a kto czyta, to raczej mnie zna:))) ten wie, że nie jest to aż tak typowe:))) Delikatnie rzecz ujmując. W poniedziałek był WIELKI KONCERT, czyli Beyonce live in Japan (a konkretnie live in Kobe). Ciekawa jestem, czy ktokolwiek z was lubi Beyonce, najbardziej chyba obstawiam Anulka, Ciebie...Do sobotniej muzyki jaką nam puszczałaś do sprzątania mieszkania bardzo mi ona pasuje:D No ale może się okaże, że ukrytych fanów Beyonce znam bardzo wielu, tylko że oni, tak jak i ja, dotychczas się nie ujawniali. Prawda jest taka, że sama z siebie nigdy bym się na ten koncert nie wybrała, ale Kuba szukał kogoś, kto by chciał pójść, a ja chciałam iść na jakiś koncert albo coś, bo cierpię w Japonii na brak wydarzeń pod tytułem kino, teatr, etc...Tak, żeby właśnie kupić bilety i gdzieś pójść, niekoniecznie na koncert muzyki klasycznej, bo o to tu najłatwiej akurat, jeśli chodzi o opcje rozrywkowe. Do kina Japończycy nie chodzą...nie dziwota, bo kino, nawet bilet studencki, kosztuje tak 50 PLN. Plus kin nie ma tak dużo jak w Europie, mam wrażenie, Japończycy wolą DVD. Miesiąc temu zakupiliśmy bilety, miała iść jeszcze z nami Jana, ale z jej ramieniem wciąż nie jest dobrze (strasznie jej się babrze ta rana, teraz znów w Wakayamie musi chodzić codziennie do szpitala...), tak więc koniec końców wybraliśmy się tylko we dwójkę. Było naprawdę super, zaczynam rozumieć, dlaczego ludzie lubią chodzić na koncerty, chociaż zawsze wydawało mi się to takie DZIWNE....(lepiej późno niż wcale, prawda?)

Przed wejściem do hali....Pamiątkowe zdjęcia, a co!


A to Beyonce podczas wykonywania jednej z moich ulubionych piosenek "Irreplaceable", kto nie zna, niech posłucha, rewelacyjna piosenka i tekst też!

Dla zainteresowanych, ostatnio zamieszczam sporo muzyki na facebooku, jakby ktoś chciał posłuchać albo pokomentować...Zaczęło się od jakiś takich gier z tutejszymi ludźmi pod tytułem "każdy wybiera jedną piosenkę" albo "piosenka przewodnia na dziś"...No i tak mi jakoś zostało, że się ostatnio muzycznie rozwijam:P Jak nigdy dotąd, chyba;)
Anyways, mam nadzieję, że post się doczeka jakiś komentarzy i odzewu, bo dużo osób mi ostatnio narzekało, że mało piszę, no więc po pracowitym poranku, spędzonym nad tym postem, liczę na feedback w postaci wszelakiej!

Jeszcze małe wstawki serialowo-prywatne...O ile szósty sezon Grey's mnie trochę rozczarowywuje po genialnym piątym (Goś, jeszcze raz dziękuję Ci za płytki!!!!), szósty sezon House'a zachwyca (odwrotnie niż piąty, którego oglądanie zarzuciłam w połowie serii)!!!
Maj, co sądzisz o pierwszym odcinku serii????? Kto jeszcze widział, niech skomentuje....dla mnie to było prawie jak illumination....
BTW, Maj, za genialny jak zwykle mail baaaardzo dziękuję, szykuję się od dwóch tygodni do odpisania równie obszernie i porządnie a tymczasem na forum gratuluję dostania się na studia doktoranckie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Ja właśnie wypełniam w Japonii jakieś papiery, żeby zostawić sobie furtkę i opcję zrobienia doktoratu tutaj, ale pojęcia nie mam jak to się skończy i jaką decyzję podejmę...
Piotrek, dziękuję za dodanie mnie do znajomych skypowych (a co Ty robisz w Korei? Nie mogłeś na jakieś szkolenie do Japonii zawitać??)
Jak jestem przy doktoratach: Kingulina!!!!!Nie pochwaliłaś się, ale Karola mi się pochwaliła za Ciebie!!!!!!!You rock, girl!!!! Napisz coś kiedyś, co???
Karolka, trzymam kciuki od rana za dzisiejszy egzamin!!!!!! Pamiętaj, dla mnie i tak jesteś wielka, ja do tego etapu w życiu nie dojdę, myślę....(kto inteligentny, będzie wiedział, o co chodzi;)
Zagat, baw się dobrze w Tajlandii, myślę dużo o Was i żałuję, że tak blisko, a nie wpadniecie z wizytą:(( Tylko dwie godziny samolotem...
Peczyzerko, Beyonce ma na mnie taki właśnie efekt jak nasze "ceremonie oskarów":D Pamiętam o Twoich sprawach i trzymam kciuki!!!!
Anulka (warszawska:), mam nadzieję, że się już czujesz trochę lepiej (potato salad, potato salad), do usłyszenia ponownie na skypie - to było takie fajne, jak za starych, dobrych czasów...
Anulka (paryska:) - A propos Twojej wiadomości...ano tak, dobrze mi w Japonii, ale wiesz...tęsknię często za Paryżem, naprawdę, mimo że jak tam byłam, to byłam raczej smutna...no ale coś w tym mieście i kraju jest, więc chyba jeszcze kiedyś tam wrócę:) ściskam Cię bardzo, bardzo mocno (i uwierz, szpitale japońskie funkcjonują czterysta razy gorzej niż francuskie, naprawdę, Jany przypadek mnie dużo nauczył w tej kwestii) !!!
Krzysiu, niezmiennie czekam na Twój pierwszy komentarz na blogu, zwłaszcza po Twoim ostatnim komenatrzu na facebooku:)))

Uściski dla wszystkich pozostałych, niewymienionych, co nie znaczy bynajmniej, że nie pamiętanych (albo Wy czytacie i się mobilizujecie, żeby wreszcie napisać maila, albo ja się mobilizuję, jedno z dwojga stwierdzeń jest zapewne prawdziwe:) i specjalne pozdrowienia dla pierwszego śniegu w Polsce...Tu jeszcze wciąż w dzień 22 stopnie, w nocy tylko zimno się zrobiło...

środa, 7 października 2009

10月7日 czyli o tym, że jednak mieszkam w Azji ;)

Czasami wydaje mi się, że nie mieszkam w Japonii, ani nawet w Azji...Codziennie rozmawiam po polsku z Kubą, rodzina przysyła mi polskie gazety, z Janą i Liv rozmawiam po angielsku, ostatnio złapałam się nawet na tym, że przez to, że przez ostatni miesiąc rozmawiałam głównie po angielsku, zaczęłam nawet w głowie sama ze sobą rozmawiać po angielsku:P Na zakupy udaje się raz na jakiś czas do Carrefoura i wtedy wszystko jest tak, jak ma być:) I tylko raz na jakiś czas, jak na zajęciach jestem jedyną białą, albo jak w autobusie nikt nie chce usiąść koło mnie, orientuję się, że coś jest nie tak...
No albo ktoś mi pisze, że zbliża się do nas jakiś tajfun i że są jakieś 24 godzinne ostrzeżenia i żeby napełnić wannę wodą, etc...Wtedy właśnie przypominam sobie, że jednak mieszkam w Azji, i że jak tutaj pada to naprawdę inaczej niż w Europie. Chyba w Osace nie będzie najgorzej, ale właśnie dzwoniłam do Jany, ponoć u niej, w Wakayamie naprawdę potężnie wieje i targa drzewami.
Ostatnio Kuba ma kryzys bycia w Japonii, denerwują go Japończycy i Japońskie zwyczaje...Miałam na blogu napisać, jak się ostatnio zdenerwował na pana, który do mnie przyszedł po abonament od telewizora, bo to wesołe było, ale ja z kolei mam ostatnio kryzys pisania...tak dlugo wisialo nade mna widmo pisania prezentacji, ze jakos nie udaje mi sie ostatnio odpisac na zadne maile, mimo ogromnej tesknoty i checi odpisania i opisania wielu rzeczy...Bardzo za to nieodpisywanie wszystkich przepraszam, zapewniam, ze nie wynika ono ani z braku pamieci ani tesknoty!!!! Jednoczesnie, mam niebywala potrzebe kontaktu bardziej bezposredniego i nawet udalo mi sie na kradzionym od sasiada internecie sprawdzic, czy dziala mi skype. DZIALA! Tak wiec, kto chetny...zapraszam..zalozylam nowe konto, wiec nie mam kontaktu do nikogo:( Moj nick skypowy : Dri_in_Minoh Gorzej tylko z roznica czasu w kwestii tych pogawedek:( No ale zobaczmy! Tymczasem, mimo tajfunu, ide spac:))))
oyasumi [dobranoc]!

czwartek, 24 września 2009

9月25日 czyli "nadejszła wiekopomna chwila"...albo "these were the days of my life in the dorm" /wpis nostalgiczny i patetyczny:/

Dziś wyprowadzam się z akademika, tak ostatecznie, bo tak po trochu to wyprowadziłam się mniej więcej tydzień temu, a w każdym razie zaczęłam się wyprowadzać mniej więcej tydzień temu. Ale dziś wszyscy wyjeżdżają, wyprowadzają się, odlatują z powrotem do swoich krajów...(rano byłiśmy z Kubą na lotnisku odwieźć Renatę...) A ja siedzę w moim pustym pokoju i przypominam sobie, jak to było, kiedy tu przyjechałam i jak wyglądala moja pierwsza noc, opisana zresztą na blogu...Leżałam wtedy, nie mogąc zasnąć, i myślałam sobie, że NIGDY nie wytrzymam tu sześciu miesięcy, nie na tej "wsi", nie w akademiku z brudną, współną kuchnią, nie w Japonii...Zastanawiałam się, jak szybko mogę się wyprowadzić do centrum Osaki i w jakim stopniu mnie to zrujnuje...Zasnęłam, szczękając zębami z zimna i pocieszając się myślą o możliwości przeprowadzki...A potem było sześć miesięcy wypełnionych tyloma ludźmi, zdarzeniami, wspólnymi posiłkami w "czystej kuchni" (stała się czysta w porównaniu z męskim akademikiem:D), że jakoś zapomniałam o tej przeprowadzce, do chwili, kiedy naprawdę musiałam się przeprowadzić. I chociaż wiem, że dwa lata w akademiku z ludźmi około 30 roku życia to byłaby trochę taka nierzeczywista bajka...chociaż wiem, to jednak smutno mi, że nadszedł ten dzień, bo mieszkanie tutaj było jednym z najciekawszych i najpiękniejszych doświadczeń w moim życiu i, jak każde dobre doświadczenie, skończyło się jakoś tak "za szybko".

Zaczyna się nowy rozdział, każdy z nas gdzie indziej albo "na swoim", tak trochę już bardziej dorośle, zdawałoby się...
Uwielbiam swoje nowe mieszkanie, jest naprawdę przytulne (nie mam jeszcze światła w dużym pokoju, więc wieczory spędzam przy świeczkach, może to dlatego;), da się do niego zaprosić więcej niż jedną osobę i się nie pozabijać z braku przestrzeni. Da się w nim żyć i mam nadzieję, że będę w nim bardzo szczęśliwa. I że zaludni się ono wszystkimi ludźmi, których spotkałam mieszkając w akademiku, a którzy choć wyjechali, nie wyjechali za daleko (Jana, Liv, Mauricio, Ahmed). Mam nadzieję, że niektórym z Was także uda się je zobaczyć na własne oczy:)))
Póki co, takie małe preview....



Pierwsze nocowanie w nowym mieszkaniu, w bardzo doborowym towarzystwie, nota bene, zdjęcia pochodzą z sesji pod tytułem "niewyspanie" ;)

Liv (Dunka)


Jana (zwana "Princess")


Moja ogromna przedpokojowa kuchnia:) /w standardach japońskich to jest luksus nad luksusy, te dwa palniki gazowe!!!!/


I mój pokój.....po wstawieniu łóżka (materacu) i mini stoliko-biurka już się dość skurczył, muszę przyznać;) Ale i tak jest dwa razy większy niż mój dotychczasowy pokój w akademiku...

No dobrze, idę spakować rzeczy najważniejsze (moje cenne patelnie!!!nie chwaliłam się, że dostałam bardzo fajny i drogi sprzęt kuchenny od wyjeżdżającej Austryjaczki?) i ruszam dalej. Nowy rozdział, nowe mieszkanie, nowe (prawie) wszystko. Ale chyba się nie boję...Japan made me stronger:D (nie freakoutuje już na widok niektórych dużych insektów, z zaznaczeniem co prawda słowa NIEKTÓRYCH:)

niedziela, 13 września 2009

9月14日 czyli o tym, jak trudno kupić łóżko w Japonii...nawet jak się ma pieniądze, żeby je kupić...

Japonia nie przestaje mnie zadziwiać...Kiedy już myślę, że po przejściu pierwszych językowych trudności, nie czyhają tu już na mnie żadne siedmiogłowe smoki ani tym podobne....Wtedy....jak mawia Ahmed.....prepare for a catastrophy...

No więc, drodzy czytelnicy, prepare yourselves, too...

Dziś rano postawiłam przed sobą tylko jedno, mało ambitne zadanie...zamówić sobie łóżko, które w zeszłym tygodniu wybrałam z katalogu podarowanego mi przez firmę od której wynajmuję swoje mieszkania. Ucieszyłam się, bo dostarczają meble za darmo, nie muszę nigdzie jeździć, oglądać, decydować, dyskutować ze sprzedawcami. Po prostu wybieram, zamawiam i już...Tak mi się przynajmniej zdawało.

A zatem wstałam dziś rano, umyłam głowę, ubrałam się, wyszłam na ławki przed akademik i otworzyłam komputer...Weszłam na stronę firmy meblowej, ucieszyłam się, że przynajmniej po sześciu miesiącach rozumiem z grubsza co jest tam napisane, i zaczęłam żmudny proces zamawiania łóżka. Tu małe wyjaśnienie: w Japonii żeby cokolwiek zamówić przez internet trzeba wypełnić ze trzy strony formularzy, w których pytają w zasadzie o wszystko (imię ojca, matki, prawie że), głównie po to, żeby lepiej służyć swoim klientom (no bo pytają na przykład o której godzinie mają do Ciebie zadzwonić, żeby potwierdzić zamówienie - to inna cecha japońskich sklepów internetowych, wszystko trzeba dziesięć razy potwierdzić, nie wystarczy kliknąć w "akceptuj":). Zaczęłam więc dzielnie wpisywać w rubryczki wszystkie możliwe informacje, pomijając chyba tylko moją grupę krwi, aż doszłam do momentu, w ktorym wyczerpałam wszystkie możliwie informacje, jakie tylko mogłabym im podać, i natknęłam się na rubryczki "imię, nazwisko, telefon domowy PROTEKTORA/OBROŃCY"...Myślę sobie, co to może być takiego...sprawdzam znaki, pochodzą one właśnie od słowa "obrona"...Myślę, myślę, myślę i - na podstawie wielu dziwnych podobnych doświadczeń - rozgryzam w końcu o co chodzi...Otóż, okazuje się, że nie mogę kupić łóżka nie podając czyichś prywatnych danych osobowych (innych niż moje), które sklep zamierza potwierdzić (zapewne telefonicznie...dlatego nie mogą to być wymyślne dane osobowe). Ponieważ to nie pierwszy raz w Japonii, kiedy widzę coś podobnego, zgrzytam zębami i zaczynam rozumieć o co chodzi...Potrzebuję nie obrońcy, a GWARANTA, czyli kogoś, kto swoim telefonem, nazwiskiem i Bóg wie, czym jeszcze, zaświadczy, że nie zamówię łóżka, a potem nie ucieknę do Paragwaju, komplikując wszystkie plany, płatności, dostawy, etc....Zrozumiałabym potrzebę podania danych osobowych takiej osoby, gdybym kupowała dom w Japonii, naprawdę...W końcu obcokrajowiec, więc może kupić dom, a następnego dnia się rozmyślić, zabić kogoś i uciec z kraju Kwitnącej Wiśni, zostawiając tym samym "klątwę" na niekupionym domu, którego nikt nie będzie chciał już kupić (to nie żart, tutaj np. nikt nie chce kupować domu czy mieszkania w ktorym ktoś popełnił samobójstwo - a wiadomo, że ktoś tam popełnił samobójstwo, bo takie mieszkania są podejrzliwie tanie...). No dobrze, dom, ale łóżko??????Co ja takiego mogę zrobić, że potrzebują gwaranta, żebym kupiła jedno, nie za drogie łóżko, na dodatek płacąc za nie kartą kredytową lub gotówką?!????? Pojęcia nie mam.
Trochę mi się na skutek tego ciśnienie podniosło, zaczęłam się denerwować, że muszę pisać kolejnego formalnego maila do mojej promotor, prosząc o jej domowy numer telefonu i tłumacząc, że muszę go podać firmie sprzedającej meble, bo bez tego nie mogę kupić łóżka....Absurdalne, prawda? No ale wyjścia nie widać z tego absurdu, bez tej informacji nijak nie przejdę do płatności, tak więc zrzymając się w duchu na japoński system kupowania łóżek, układam w głowie maila do mojej promotor....W międzyczasie, Jana podpowiada mi, żebym może poprosiła przełożonego naszego akademika, bo on tu zawsze jest, no i ma telefon, etc...Postanawiam zaryzykować, bo będzie szybciej niż cały ten cyrk: mail- odpowiedź, etc.. Idę do przełożonego akademika, pytam go, a on mi ładnie i grzecznie (OCZYWIŚCIE!!!!) odmawia....
Bo to taka poważna sprawa, bycie czyimś gwarantorem, zwłaszcza w kwestii kupna łóżka...Mówi, żebym poszła poprosić ludzi z sekretariatu. Tego już za dużo, wychodzę z jego gabinetu, piorunując na sławetną japońską grzeczność, która okazuje się mało warta, właśnie wtedy, kiedy o coś kogoś proszę, bo na co mi ich ukłony, jak i tak zawsze mi odmawiają..?!?
Parę długich chwil później mój puls dochodzi pomału do normy, uspokajam się na tyle, żeby poprosić o radę Kubę i Renię, ktorzy starym polskim zwyczajem omijania wszelkich reguł, proponują mi podanie po prostu numeru telefonu do akademika (drugiego, bo w moim nie ma telefonu) i czekanie co będzie dalej. Ponieważ naprawdę nie mam ochoty pisać do mojej promotor w tak głupiej sprawie, robię, jak mi doradzili i w duchu myślę sobie, że po 2 godzinach ślęczenia na tej samej stronie internetowej, uda mi się może w końcu zamówić upragnione łóżko...
O naiwności gajdzińska!!!! Przeskoczywszy problem gwaranta, wypełniwszy wszystkie pola wszystskich trzech stron formularza, otrzymuję wygenerowaną wiadomość, że jeśli chcę zapłacić gotówką, firma musi najpierw przeprowadzić "śledztwo" (sic!!!!) i sprawdzić moje dane (a to oczywiście potrwa). Komunikat brzmi tak : "dopiero po otrzymaniu wyników śledztwa, rozpoczniemy proces wysyłki". Ponieważ nie mam ochoty na żadne śledztwo, przeklinam system po raz drugi (doprawdy, mało rzeczy jest w stanie mnie sprowokować do przeklinania równie skutecznie jak zawiłości japońskich systemów wszelakich!) i decyduję: no dobrze, wobec tego karta kredytowa, nie gotówka, w końcu transkacje kartą kredytową w Europie i całej reszcie cywilizowanego świata uchodzą za najbardziej anonimowe, najprostsze i najszybsze, czyż nie?!????????
O naiwności gajdzińska po raz drugi!!!! Kiedy już wyruszyłam do pokoju po moją kartę kredytową, odznaczyłam wszystkie opcje formularza z nią związaną, otrzymałam kolejny uprzejmy komunikat (podkreślony czerwonością jego liter) pod tytułem: "W przypadku płatności kartą kredytową, płatnik musi posiadać telefon domowy, na ktory zadzwonimy w celu potwierdzenia jego tożsamości" (...)
What the.......................................??????????????????????????????????????????????????????
Nie mam normalnego telefonu, poza komórką, i nie mogę podać akademikowego, bo jak pod niego zadzwonią to mnie tam nie będzie i nikt się nie da przekonać, żeby za mnie skłamać i potwierdzić, że to mój numer telefonu (bo to przecież wbrew ZASADOM), tak więc.....nie mogę zapłacić za łóżką także kartą kredytową??????????????????????? To jak ja mam, przepraszam bardzo, za nie zapłacić??????????????????????????????????????????????????????????? Przelewu też nie mogę zrobić, bo żeby robić przelewy w Japonii muszę "odsiedzieć" tu 6 miesięcy, które jeszcze nie minęły (to była przyczyna mojej poważnej kłótni z tutejszym systemem bankowym) i dopiero wtedy bank odhaczy w moich papierach opcję "może robić przelewy"...
Czyli co...................? Nie mogę kupić łóżka ??????????????????????? Nie, oczywiście, że mogę, po prostu nie mogę za nie zapłacić!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Spędziłam około 5 godzin próbując kupić to łóżko, nie udało mi się...Jutro zadzwonię do tej firmy i zapytam się bardzo uprzejmie, czy jest jakiś sposób, w jaki gajdzin może zakupić łóżko w Japonii i, na dodatek, za nie zapłacić?!?!?!?!?


THE END

And this, my dear readers, is Japan!!!!!!