wtorek, 1 grudnia 2009

12月1日 czyli po ciężkiej pracy nadszedł czas odpoczynku...

Naprawdę chciałabym napisać barwny wpis o wydarzeniach ostatniego tygodnia, bo działo się tyle, że dziś cały dzień odpoczywałam (bo w tym tygodniu wyjątkowo nawet w sobotę i niedzielę "pracowałam" sprzedając pierniki), regenerując swoje zasoby energii. Ale chyba ich jeszcze nie zregenerowałam do bardzo błyskotliwego poziomu, więc w oczekiwaniu na jakiś ciekawszy wpis, małe foto story (bo ja jak czekam na Grey's to lubię sobie chociaż trailer nowego odcinka obejrzeć, plus, Zagat, dziękuję za Twoje zdjęcia z Tajlandii, strasznie mnie ucieszyły!!!)...
Mam nadzieję, że Wam się spodoba...

Temat pierwszy, czyli ile osób potrzeba, żeby w jeden dzień upiec, udekorować i popakować 600 pierników?







Grupa obacianów do zadań specjalnych plus jeden Siri Lańczyk, który od 10 lat mieszka w Japonii i dołączył był do grupy obacianów jako taki wolontariusz. Teraz obaciany chcą, żebym ja przystąpiła do stowarzyszenia...Muszę się poważnie namyślić, bo wszystkie japońskie kluby i kółka zainteresowań to dość poważna sprawa i poważne zobowiązanie (żeby było śmieszniej ja nie żartuje, babcie mają swoje mityngi conajmniej raz na miesiąc i trzeba w nich uczestniczyć, jak również w większości organizowanych eventów; z drugiej strony, babcie doceniły moje zaangażowanie i upiekły mi prawdziwy, zbliżony smakiem do polskiego, chleb w podziękowaniu za piernikową pracę, obdarowując także wieloma produktami mniej lub bardziej nadającymi się do spożycia;)




Temat drugi czyli japońska szkoła i prezentacja dla dzieci - to chyba temat najciekawszy, zdjęć mam bardzo mało, ale kolega obiecał mi wysłać swoje, więc jak wyśle, to uaktualnię, bo to było naprawdę coś...Ośmioletnie Japończyki są fenomenalne! Na zdjęciu poniżej "polowy szpital" czyli ośmiolatki same serwują sobie jedzenie w klasie (używając fartuchów i maseczek bynajmniej nie tylko w okresie świńskiej grypy!!!!niesamowite, prawda?)



Temat trzeci, czyli główna japońska religia...W Japonii, jak być może wiele z Was wie, religii jest wiele, shinto, buddyzm, wszystkie pokrewne, katolicy, protestanci, etc...Jednak niewiele osób wie, że tak naprawdę podstawową religią japończyków jest oddawanie czci wspaniałej japońskiej naturze w porach ku temu najbardziej sposobnych. I tak, w okresie momijów, czyli kwitnięcia klonów nie ma chyba Japończyka, który by się nie udał z pielgrzymką do jednego z najbardziej znanych "spots" momijowych...Tłumy tam takie jak w Polsce na Jasnej Górze w sierpniu - nie przesadzam!!!Zdjęcia mam więc z kilku wyludnionych kątów wokółświątynnych, bo w tych zaludnionych nie mogłam się nawet dopchać do drzew;)

Biedne gejsze, wszyscy turyści w Kioto polują na nie z aparatami fotograficznymi. Ciekawe jednak, że je tam naprawdę można tak ot, spotkać na ulicach przyświątynnych i przykawiarnianych...


Chociażby uciekające przed aparatami fotograficznymi...

A to seria zdjęć mojej ulubionej świątyni Kiyomizudera, czyli dokładnie tej o której jest mowa w opisie tegoż bloga (albo w jego pierwszym poście). Stąd właśnie skacze dama z parasolką, nieprzypadkowo więc upodobałam ją sobie, na nieszczęście, w porze klonów, upodobał ją sobie również 126 milionowy naród japoński i ciszy tam wczoraj nie znalazłam za bardzo, ciągle uciekając przed jakimiś wycieczkami...



Stąd właśnie skacze dama z parasolką...Ja się chyba jednak nie odważę na powtórzenie tego wyczynu...wystarczają mi moje (wy)skoki metaforyczne i życiowe...

Zdjęcia nie oddają prawdzie rzeczywistości, w rzeczywistości wygląda to dużo piękniej...Takiej czerwieni jeszcze nigdzie nie widziałam...



A to zdjęcia udowadnia, że Japończycy mają bardzo dobre aparaty, niekoniecznie zaś zdolności fotograficzne. Dwukrotnie poprosiłam kogoś, żeby mi zrobił zdjęcie, a że za mną była kolejka do zdjęcia w tym konkretnym miejscu, nie mogłam już poprosić po raz trzeci, obydwa zaś wyszły poruszone....Stąd mój wniosek, że Japończycy, wbrew powszechnej opinii, nie są mistrzami fotografii, oni po prostu kupują takie dobre i drogie aparaty, że nie muszą się uczyć, jak robić nieporuszone zdjęcie bez flesza!!!

I to by było na tyle...Wiem, że fotostory to nie to samo co opowieści, ale na opowieści na żywo przyjdzie już czas bardzo niedługo, więc obiecuję wtedy nadrobić za wszelkie ewentualne niedosyty!

Całuję mocno, z grudniowej, ale wciąż jesiennej Japonii (zresztą z tego co widzę w Polsce też jeszcze ładna pogoda!!)...Myślę o Was bardzo, bardzo ciepło, o waszych radościach, ale i troskach i mam nadzieję, że już niedługo będziemy mogli być dla siebie - chociaż przez chwilkę w tym samym miejscu - ucieszyć się z tego, co radosne, a w innych rzeczach się razem powspierać.

poniedziałek, 23 listopada 2009

11月24日czyli jak się na meczach siatkówki bawi 10 tysięcy Japończyków i jedna Polka...

Wpis dedykowany ( w kolejności...)

1. Mojemu Tacie (bo to, że wiem cokolwiek o siatkówce zawdzięczam właśnie jemu:)

2. Mojej siostrze Asi (bo na arenie brakowało mi jej najbardziej na świecie, nie ma bowiem lepszego od niej towarzystwa na jakimkolwiek wydarzeniu sportowym!!!!!!)

3. Krzysiowi (bo obiecałam, plus do dziś pamiętam, jak się do mnie spóźniłeś tak ze dwie godziny bo w tv leciała siatka:D zobaczymy, może ten komentarz wreszcie Cię skłoni do wyjścia z
grupy cichych czytelników;)

[pisałam to w hotelu "biznesowym" w Nagoi, jak się szumnie nazywał ten przybytek, 22.11 wieczorem]

Skończyłam właśnie swoje "baito" w Nagoi, a że dostarczyło mi ono wiele sportowej i nie tylko radości śpieszę donieść, że wszystkie stereotypy o Japonii, od których pęka wszelka pseudo-antropologiczna literatura są przepięknie i zaskakująco prawdziwe. Japończycy są w istocie najbardziej posłusznym i podatnym na wszelkie ideologie narodem na świecie co najlepiej - jak zobaczyłam na własne oczy - widać na masowych imprezach sportowych. Nie wspominając już o tym, że żaden inny naród nie ma tak wyrobionego instynktu stadnego, jeśli chodzi o wykupywanie wszelkich pamiątek imprezowych oraz - uwaga! - przyrządów do efektywnego dopingowania.

Na czym polega efektywne dopingowanie? Zacofana w tym względzie Europa myśli oczywiście, że na gwizdach, oklaskach i pieśniach zagrzewających do boju. Ameryka Południowa, że na bębnak, rytmach samby i gromkich pokrzykach. A Japonia? Japonia, kraj zupełnie bezpodstawnie oskarżany wciąż od nowa o brak kreatywności i innowacyjności, wymyśliła nadmuchiwane rękawy do głośnego oklaskiwania. Po nadmuchaniu, rękawy, kiedy je się uderzy o siebie, stają się przyrządem skutecznie ogłuszającym i pacyfikującym siedzącego opodal i nie używającego cudnych rękawów Gajdzina (tudzież Gajdzinki). Powiem więce, 8 tysięcy Japończyków używjących naraz tych magicznych rękawów i krzyczących "Retsu goo Nippon" (w tłumaczeniu: Let's go Nippon) sprawiło, że po raz pierwszy zrozumiałam, że Amerykanie w Pearl Harbour naprawdę mieli się czego bać...

Małe preview tegoż zjawiska...(na żywo duuuużo, dużo głośniejsze, zapewniam!)

http://www.youtube.com/watch?v=2YJt-BW32mo


A jeśli dorzucimy do tego instruktażowość dopingu "a la japonaise" to już w ogóle...

Instruktażowość dopingu istnieje zapewne na wszystkich imprezach sportowych, śmiem jednak twierdzić, że nigdzie nie wygląda on tak, jak tutaj (prove me wrong, will you?). Jest on przygotowany bardzo skrupulatnie, a zaczyna się od tego (żeby było prosto nauczyć się raguł gry, proste warunkowanie a la pies Pawłowa), że na boisko do siatkówki wypływa ogromna maskotka - Groszek a prowadzący imprezę wydaje jej komendy w stylu: "Podnieś prawą rękę." "Dobrze." "A teraz lewą." "Pięknie." "A teraz obie." "A teraz podnieś lewą, nie podnosząc prawej." Po każdej zaś komendzie zachęca obecnych na arenie kilka tysięcy Japończyków do oklasków dla maskotki - Groszka. Rozumiem, żeby na jakiejś masowej imprezie dla dzieci wszyscy bili brawo maskotce, ale ku mojemu zdziwieniu klaszczą wszyscy dorośli Japończycy bez wyjątku i tylko ja nie...Potem jeszcze taka mała i bardzo oryginalnej urody Japonka (zamiast brwi ma taki ciekawy makijaż....) uczy z ekranu wszystkich kibiców, jak należy udarzać rękawem o rękaw i krzyczeć: "Do boju Japonia!", "Imoto" (jej przezwisko), jak również "Słodka!" (kawaii...odpowiednik "cute", powiedzmy...). W trakcie meczów nie dziwi już zatem, że kiedy jakiś zespół bez kibicującej mu publiczności zdobywa punkt, to Japońska publiczność, na prośbę prowadzącego "wielkie oklaski dla..." bije brawo, że aż huczy, chociaż przed chwilą gwizdała tej samej drużynie (jeśli np. jest to mecz z drużyną Japońską). Dawno nie byłam na wielkiej imprezie sportowej w Polsce, ale coś mi się wydaje, że u nas chyba rządzą inne reguły, a doping nie jest aż tak skoordynowany...Ale może się mylę...?

Z drugiej strony, może to i lepiej. Jakoś nikomu się nie marzy powtórka z Pearl Harbour, a muszę przyznać, że jest coś zadziwiającego, ale i lekko niepokojącego w tych tłumach Japończyków pokrzykujących w rytm komend wydawanych przez mikrofon. Jakoś ma się wrażenie, że jaka komenda by to nie była, posłuchają. Tak samo jak słuchają, jak się ich prosi, żeby się nie pchali, tylko wchodzili na arenę w dwóch równych rzędach...Niebywałe!

Ostatni mecz, na jakim byłam Japonia sromotnie przegrała z Kubą. Na widowni było około 10 tysięcy osób...a ja sobie siedziałam jak najdalej od tych pokrzykujących i klaszczących Japończyków (czyli tak pół metra dalej) i konwersowałam przez dwie godziny z japońskim bukmacherem na tematy przeróżne (na tym polegało moja praca, relacjonowałam mu mecz punkt po punkcie, w przerwach i timeoutach gadaliśmy sobie zaś np. na temat jedzenia;). Najmilej mi się zrobiło, jak się zdziwił i mówi: "Ale Ty się znasz na siatkówce lepiej niż ja!?!"

Cóż począć? Jak się wychowało w takiej rodzinie, jak moja, trudno się nie znać...(Mój szwagier może coś rzec na ten temat, bo ze zdjęć wysłanych mi ostatnio przez moją siostrę wynika, że został on zaciągnięty na zwiedzanie stadionu FC Barcelona podczas krótkiego urlopu w Hiszpanii). Zresztą, poza palantem, siatkówka to był mój ulubiony sport na lekcjach wu-efu.

I tym, jakże nostalgicznym akcentem, zakończę pierwszą część opowieści z cyklu "(w Japonii) żadnej pracy dorywczej się nie boję"....=D

Na deser, parę zdjęć z meczu Brazylia-Polska...




Chciałam sobie zrobić zdjęcie z tą grupką, ale - niestety - wtedy akurat byłam "w pracy"...:((

I po sromotnej przegranej (na pewno wina różnicy czasu:D)....

A, mała uwaga na koniec, cykl będzie kontunuowany tylko wtedy, jak się doczeka przyzwoitej ilości komentarzy...;) Bo jakoś tak ostatnio było mi smutno, że ich tak mało...>_<

niedziela, 15 listopada 2009

11月15日 czyli I reminded myself why I love Osaka...(and Warsaw, and Paris, and every other big city!!!!!!!!!!)

Ten weekend (ostatni przed rajdem moich "bajto" [BTW, czy to czasem nie pochodzi z niem. Arbeit?]) upłynął mi pod znakiem wizyt i przypomnienia sobie, dlaczego właściwie dobrze jest mieszkać w mieścinie koło mieściny koło Osaki:)))

Odwiedził mnie Piotrek (narzeczony Mai, kto był na mojej imprezie pożegnalnej będzie wiedział kto zacz:), przebywający na placówce firmowej w Korei (no bo dwumiesięczna to chyba nie delegacja...?a może...), tak więc poza wspaniałą okazją spotkania i rozmów, mieliśmy także sporą dawkę zwiedzania i cieszenia się Osaką, co - prawdę powiedziawszy - pozwoliło mi przypomnieć sobie, dlaczego lubię mieszkać w Kansai (region), a konkretnie blisko Osaki...To miasto...które idealnie reprezantuje Japonię pod tym względem, że nie da się go opisać. Jego brzydoty, a jednocześnie piękna, jego mieszanki wszystkiego ze wszystkim, kiczu, blond Japończyków, dobrego jedzenia, głośności (nie byłam w głośniejszym - od ludzi, nie samochodów - mieście!!!), natłoku knajp, afiszy, reklam, banerów, etc. Wreszcie...jego ROZMIARU......

Nie wiem, czy Manhatann robi większe wrażenie, zapewne jest dużo bardziej zorganizowany, a budynki mniej pomieszane stylistycznie, Osaka widziana z 173 metra robi wrażenie, jakby stwarzając ją, Bóg powiedział: "A teraz z chaosu powstaną wieżowce, mniejsze i większe betonowe stwory, bez żadnego planu organizacyjnego czy architektonicznego, każdy, gdzie mu się podoba". Zdjęcia (autorstwa Piotrka) dobrze oddają tę nieskrępowaną żadnym pomysłem a la rzymski układ ulic, chociażby, betonową, acz urokliwą dżunglę...
Ciekawa jestem, czy na czytających i zaglądających tu zrobi wrażenie, ja mogę powiedzieć tylko tyle, że na 40 piętro Umeda Sky Building wybrałam się po raz pierwszy i było to niezapomniane przeżycie, uroczyście obiecuję, że zabiorę tu każdego, kto do mnie przyjedzie, więc....zapisy czas zacząć:)))
Co by nie powiedzieć, jestem dzieckiem miejskim...Dzieckiem DUŻYCH miast. WIELKICH miast. Po ośmiu miesiącach (tuż tuż:) mieszkania wśród gór i pól utwierdzam się, niestety, w tym przekonaniu. Pokochałam moje (karczowane właśnie namiętnie na poczet przyszłych osiedli) górki, pochyłe trasy spacerowe, rolników na polach ryżowych, świeże, górskie powietrze....Ale jeśli dwa razy w miesiącu nie pojadę do miasta to zaczynam chorować...
Naprawdę...Czuję, że się robię po prostu coraz smutniejsza i coraz bardziej bez życia, wsiadam wtedy do pociągu i mknę do Osaki albo bliższej mieściny - naszej atrapy wielkiego miasta - Senri Chuo - a tam ledwie wyjdę z dworca czuję przypływ nowych sił, a nozdrza mi wesoło drgają, nie od zapachu spalin, ale właśnie od tego natłoku ludzi, ulic, od wysokości budynków, miejskich świateł nocnych, różnorodności logo kawiarnii (w Japonii wszytskie podrabiają logo Starbucksa;), etc...Naprawdę...Kto podziela moją miłość do dużych miast, rozumie bez żadnych wyjaśnień, tak sobie myślę. Kinguś, pamiętam, jak zawsze mówiłaś, że Twoja Mama byłaby najszczęśliwsza mieszkając w Pałacu Kultury...Ach, jak ja to dobrze rozumiem...Jak nie można w Pałacu, to chociaż z widokiem na Pałac i wieżowce;) Niestety, z mojej wsi, Osaki nie widać:( Dlatego dobrze od czasu do czasu wybrać się do tego szalonego miasta (naprawdę.....NIGDZIE na świecie ludzie nie ubierają się tak, jak tutaj, w zasadzie częściej są przebrani niż ubrani, można spotkać tu na ulicy kobiety/mężczyzn "przebranych" kolejno za klauna, lolitę, baletnicę z różową tuniką, prostytutkę, dandysa, itd...itp...), powdychać trochę tego szaleństwa i wrócić do siebie zmęczonym, acz szczęśliwym. My "I belong to big cities" smile widać
na zdjęciu obok:P
Może kiedyś mi się odmieni, może kiedyś przestanę "podbijać" wielkie miasta i osiądę gdzieś w Beskidzie z moją chmarę owczarków niemieckich...Póki co, jednak, chyba jednak się jeszcze trochę po tych dużych miastach powłóczę...
Co prawda, jak wszystkim opowiadam, jestem - według określenia mojej rodziny - raczej nieobliczalna niż nieprzewidywalna:))), więc jeszcze wszystko przed Wami...Jak przyjechałam do Japonii to postanowiłam, że do końca roku muszę się zdecydować, czy zostaję tu na doktorat czy nie. W istocie, byłoby to wskazane, moja promotor, jak chce mnie doprowadzić do szału, to się mnie pyta co tydzień, czy się już zdecydowałam, czy nie....A ja dobijam właśnie do ósmego miesiąca mojego pobytu w Japonii i..."ciągle sobie zadaję pytanie, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie...?"...Tadada dadadadadadada....dadadadadaaa
Tak czy siak, ten weekend sprawił, że po różnych kryzysach październikowych (kiedy już właściwie skreśliłam perspektywę doktoratu), znów patrzę na Japonię łaskawym i życzliwym okiem...Bo czasem wydaje się ona bardziej niezamieszkiwalna i bardziej obca niż Mars i Pluton razem wzięte, a czasem....A czasem jest po prostu fascynująca. I betonowo piękna.

cdn....(co nie znaczy, że macie nie komentować:)

poniedziałek, 2 listopada 2009

11月3日 czyli ile dziwnych rzeczy może się zdarzyć w listopadzie...

...ale najpierw małe photo story z ostatniego tygodnia....dwóch, może...



Początek klonowej jesienii na mojej ulubionej spacerowej drodze z Kita-Senri (50 minut w jedną stronę;)


droga do mojego mieszkania widziana od strony kolejowej....



zachód słońca widziany z balkonu mojego mieszkania...


Liv i Por czyli "Goście, goście ileśtam"




Puste, japońskie lodowisko (bo na dworze 20 stopni:) ....poezja!!!!



Ja i Jana na łyżwach w ten weekend (z 15-osobową ekipą Bułgarów, którzy wszak się na zdjęcie nie załapali)



Tajska kolacja, czyli jemy o 23, ale chyba dlatego jeden z najlepszych posiłków, jakie jadłam!!!!




Coś tam, coś tam z bazylią, jak nazwał to zdjęcie Kuba, tak czy siak, pyszne było (a jakie ostre!!!!!)



Tajska ekipa plus jedna Europejka...('Faran' - po Tajsku znaczy to guawa-owoc i 'biały człowiek')

To w ramach update-u zdjęciowego. A w ramach nowego miesiąca, który dobrze zacząć pisaniem maili, postów, etc. mała agenda na ten miesiąc, bo zapowiada się o tyleż ciekawie, co dość szalenie...Szkoła się zaczęła, zajęcia lepsze albo gorsze, ale generalnie jakoś mam kryzys wiecznego studiowania na japonistyce, w związku z tym postanowiłam ostatnio pozajmować się czym innym. A raczej przedziwny zbieg okoliczności sprawił, że dostałam trzy propozycje czasowej pracy, wszystkie prawie na listopad. Jak już mówiłam, gajdzinowi w Japonii zarobić nie tak trudno...Wystarczy czasem, że jest taką "atrakcją" przeróżnych spotkań.
Po tym jak w lipcu piekłam mazurki na prezentacje o Polsce, którą robiła Renia zainteresowało się mną "kółko japońskich obacianów" (to samo, o którym była już mowa) i zostałam poproszona o upieczenie ok 300 pierników na jakiś charytatywny event. To będzie pod koniec listopada. Odezwali się też do mnie Ci sami ludzie od prezentacji "trudów i znojów życia gajdzina w Japonii", w której brałam udział na początku września. Oni z kolei zlecili mi przygotowanie prezentacji o Polsce dla małych Japończyków (dzieci z podstawówki). Prezentacja ma być interaktywna, bo mam ich między innymi nauczyć jakiegoś tańca albo piosenki po polsku...Zapowiada się wesoło. Co jak co, ale japońskie dzieci są urocze...Dopiero później społeczeństwo się do nich dobiera! Last, but not the least, jadę do Nagoi komentować (po angielsku, nie po japońsku!) mecze międzynarodowego turnieju siatkówki (gra Polska złota reprezentacja:)))))), nie dla telewizji, of course not, dla firmy bukmacherskiej z Hiszpanii. Tak czy siak wesoło się zapowiada...Wszystkie te rzeczy przyszły do mnie jakoś same z siebie...Tak to jest w takim dziwnym kraju jak Japonia...Naprawdę....=D Trochę się stresuję, a trochę myślę, że będzie to dobra okazja popraktykować filozofię "otwierania się" na różne rzeczy i niespodziewane wydarzenia w życiu. Co z tego wszystko wyniknęło na pewno napiszę, a w międzyczasie....miłego początku listopada dla wszystkich tu zaglądających!!! Moc uścisków z wyjątkowo (sic!) dziś zimnej Japonii (teraz na dworze 11 stopni)!!!!
A przedwczoraj jeszcze chodziłam w sandałach!
No ale pojutrze znów ma być 20 stopni...:)

środa, 28 października 2009

10月29日 czyli o tym co potrafi japońska toaleta....(najlepiej to potrafi się zepsuć, ot co!)

Jakoś - ku mojemu rozczarowaniu - mój ostatni wpis nie doczekał się entuzjastycznego przyjęcia (Krzysiu, Goś, Aniu - za Waszą reakcję w postaci maili baaaardzo dziękuję:), więc postanowiłam wrócić do opisywania japońskiej fenomenologii, bo chyba jest ona - z perspektywy czytających - ciekawsza (prove me wrong:P ).

Odkąd wyprowadziłam się z akademika przeżyłam szereg drobnych, mrożących krew w żyłach spotkań z panami od: gazu, światła, elektryczności, internetu, abonamentu radiotelewizyjnego, etc...Już wcześniej obiecywałam sobie, że coś na ten temat muszę napisać, ale szalę przeważył Pan od Toalet, z którym musiałam spotkać się dwa dni temu...Więc po kolei...
W pierwszych tygodniach po przeprowadzce nawiedzali mnie Ci wszyscy panowie o różnych porach dnia i nocy (no bo kto przychodzi po abonament o godzinie 20.00!?!?), a dzięki ich wizytom umocniły się niektóre z moich dotychczasowych przekonań na temat Wielkiej, Nieskażonej Zepsutym Zachodem i Niezwyciężonej Kultury Japońskiej (która, jak mnie wczoraj oświecił Kuba pochodzi wcale nie tylko od Chińczyków, ale jeszcze bardziej od Koreańczyków, do czego Japończycy się oczywiście nie przyznają...nieładnie, oj, nieładnie...). Głównie chodzi o dwa przekonania, dotyczące....

1) Japońskiej (nie)bezpośredniości...

Otóż, jak miałam się okazję przekonać już kilkakrotnie, Japończycy wcale nie są tacy niebezpośredni, jak się zawsze wydaje, nie w każdej sytuacji owijają wszystko w bawełnę i nie potrafią nic powiedzieć wprost. Far from being like that, indeed...Są bardzo niebezpośredni lub bardzo bezpośredni, chyba w zależności od tego, co im bardziej pasuje. Jeśli muszą odmawiać albo coś im nie jest po drodze, będą oczywiście wykręcać się pośrednio japońskimi półsłówkami, które i tak każdy obcokrajowiec, ktory mieszka tu choćby miesiąc zrozumie jako "nie i już", ale kiedy im po drodze, potrafią być tak bezpośredni, że aż szczęka opada. Bo np. pan od internetu, który mnie namierzył gdzieś w okolicach rannych parę tygodni temu, wprosił mi się do przedpokoju, poprzedstawiał wszystkie walory superdrogiego internetu, a w międzyczasie stać go było na typową gadkę pt. "z jakiego kraju przyjechawszy zaszczyciłam Japonię swoją obecnością". Do tej gadki jestem przyzwyczajona, bo pyta o to każdy, potem następuje tradycyjne wypieranie się, że nie mówię dobrze po japońsku, potem z reguły rozmowa się ucina. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy rozmowa miast się wyczerpać w sposób naturalny skręciła w stronę pytania o to, czy zostawiłam w Polsce chłopaka...Udałam, że nie rozumiem, a ten dalej swoje....ja, chłopak, Polska...No więc mówię, nie, nikogo w Polsce nie zostawiłam. Na co on wypala : "No a jak się pani podobam...na chłopaka mogę być?" Tu już mnie zamurowywuje...Znowu udaje, że nie zrozumiałam, ale ten, cholera, wytrwały w swojej bezpośredniości, więc się wykręcam i mówię, że nie szukam obecnie chłopaka, etc...A ten niezrażony pyta ponownie, czy mi się podoba...Jakbym ja była tak bezpośrednia jak on to by usłyszał kilka przykrych słów, no bo nawet biorąc poprawkę na japoński typ męskiej urody ten pan do zbyt urodziwych nie należał. Ale że czasem jestem chyba bardziej japońska niż sami Japończycy, wykręcam się od odpowiedzi (i od internetu), na co zostaję pożegnana tekstem, że jakbym chciała się umówić to on zostawi swoją wizytówkę i numer telefonu w mojej skrzynce pocztowej...Całość tych japońskich zalotów trwała chyba z 15 minut, przerywana prezentowaniem mi osiągnięć japońskiego internetu światłowodowego czy jak mu tam...optycznofibrowego? Pojęcia nie mam. W każdym bądź razie, pan mi na pożegnanie mówi, że ładna jestem, a ja się zastanawiam, jakim cudem ten naród może być tak niekonsekwentny...?!? No bo jak to możliwe, żeby na ulicy rzadko było widać przytuloną parę (tacy są pseudokonserwatywni), ale za to poznaną gajdzinkę można zaprosić na kawę bez najmniejszego skrępowania czy mrugnięcia okiem, można również zadać wprost pytanie "masz chłopaka/dziewczynę" albo "czy to Twój chłopak?" nieznanej praktycznie osobie (co osobiście uważam za klasyczny przykład japońskiej niegrzeczności!!! dla nich to pytanie nie należy do kategorii prywatnych....też coś!). Pan od internetu nie był zresztą odosobniony, pan od gazu (o wiele sympatyczniejszy) też w trzecim zdaniu wyparował "ale pani jest ładna" czym mnie strasznie zestresował i skrępował, mimo że on akurat na tym poprzestał. No i właśnie...Skoro Japończycy są w stanie mnie zawstydzić swoją bezpośredniością, to czy coś z tą kulturą nie jest nie tak...?!??? Hmm...jest też druga opcja....może to ze mną....
Drugi przykład to historia na temat....


2) Sławetnej japońskiej (nie)grzeczności....

Ta historia też już trochę przedawniona, ale obiecywałam sobie, że muszę ją opowiedzieć. Otóż, oglądaliśmy kiedyś z Kubą wieczorem "six feet under" u mnie w mieszkaniu, a tu domofon i jakiś pan do mnie w sprawie abonamentu...Myślę sobie, kurczę, namierzyli mnie, bo podłączyłam dwa dni wcześniej telewizor dosłownie na dwie godziny może do takiej ichniejszej anteny. Wpuszczam pana, a w międzyczasie próbujemy z Kubą schować mój telewizor do szafy, co nam się nie bardzo udaje. Zamierzamy więc panu sprzedac historyjkę o tym, że telewizor owszem mam, ale zepsuty, więc abonamentu płacić nie zamierzam....No i na naszych płonnych nadziejach się skończyło, bo pan nam daje rachunek i prosi o pieniądze na abonament, my tłumaczymy, pan mówi "tak, tak, bardzo mi przykro, ale trzeba zapłacić", my znów się wykręcamy, pan "tak, tak, przykro mi naprawdę, ale trzeba zapłacić", my swoje, że zepsuty, a pan na to "to jak jutro pani wyrzuci i zadzwoni do nas, to za październik już pani nie będzie musiała płacić", my mówimy, że za wrzesień też nie chcemy płacić, bo ja w zasadzie we wrześniu przemieszkałam ledwie kilka dni i raz włączyłam ten telewizor, na co pan w stylu japońskim kłania się nam przepraszająco po raz dziesiąty, ale jego postawa mówi "jest mi naprawdę bardzo przykro (akurat!!!), ale pieniążki poproszę, bo inaczej sobie nie pójdę". Kapitulujemy, płacimy, pan się kłania jeszczę głębiej, żegna się z nami w drzwiach i mówi, że poleca nam się na przyszłość (w kwestii zapłaty, oczywiście...bo jakże inaczej), czyli po japońsku " yoroshiku onegaishimasu". Zamykam drzwi, a Kuba piorunuje mówiąc "jak ja go zaraz yoroshiknę, to popamięta, ten Kitano jeden! (tak się nazywał)", co mnie bardzo natenczas ubawiło, bo jest to idealne zilustrowanie frustracji gajdzina wywołanej właśnie ową sławetną japońską (nie)grzecznością....!!!

Przykład drugi, czyli Pan od Toalet...Otóż, nie pisałam jeszcze o mojej toalecie, która jest tak skomplikowana, że czasem boję się jej używać (ma tak ze dwadzieścia przycisków, ktore służą do tysiąca różnych funkcji, czasem się śmieje, że ona robi wszystko, tylko nie śpiewa....). Otóż, po pierwszych chwilach przerażenia, gdzie zabrało mi kilka dni domyślenie się co wcisnąć, żeby przestało mi podgrzewać deskę klozetową non-stop (rachunek za prad!!!!!) i takie tam, doszłam z nią do względnego porozumienia pod tytułem: "ja za dużo nie przyciskam, a ty się dobrze sprawujesz, jak zwykła, europejska toaleta, ok?" No i wszystko było dobrze aż do tego tygodnia, gdzie toaleta postanowiła zastrajkować i na nic się zdały jej 20 przycisków, ani moje własne próby naprawcze, koniec końców musiałam wezwać Pana od Toalet, żeby ją naprawił...Normalnie, powinien to naprawić właściciel domu, ale w kontrakcie sobie cwaniaki zastrzegli, że naprawa toalet nie wchodzi w skład pakietu naprawczego, za jaki co miesiąc płacę w ramach "opłat utrzymania". Pan od Toalet przyszedł zatem, ukląkł w moim przedpokoju, zaczął mi zawile tłumaczyć jakie problemy najczęściej występują z takim typem toalet (na logikę każdy sobie sam umie odpowiedzieć na to pytanie, prawda?), pyta się, czy jestem absolutnie pewna, że nic mi do niej nie wpadło, po czym bierze jakąś cieżką maszynerię i przystępuje do działania. Potem znowu klęka, tłumaczy mi, że cóż, takiej wielkości kulkę papieru toaletowego można spuszczać a takiej wielkości już nie, bo rury wąskie i w ogóle....ja wzdycham do nieba....pan klęcząc na podłodze podaje mi rachunki do podpisania, w ktorym to momencie blednę, bo ta naprawa kosztuje mnie tyle, co normalnie zakupy jedzeniowe na cały tydzień...zgrzytam zębami, a pan przyjmując pieniądze kłania się do podłogi w podziękowaniach (wciąż klęcząc), jakby conajmniej się modlił w meczecie, przeprasza za spóźnienie (jednominutowe) i poleca się dziesięć razy na przyszłość....A ja znów myślę sobie, czy oni nie mogliby czasem mniej się kłaniać, a trochę mniej kasować za tego typu przyjemności jak np. naprawa toalet? No bo doprawdy....tak rzadko mam jakiekolwiek korzyści z tego ich kłaniania się...
Ufff, ulżyłam sobie narzekając na Japónczyków (czyżby kryzys siódmego miesiąca..?)

Ale, ale, żeby nie było, wkrótce na pewno będę miała też powód, żeby z powrotem kochać Japonię miłością piękną i czystą, bo oto zbliża się pora "momidziów", czyli czas, kiedy wszędzie na drzewach króluje czerwień japońskiego klonu i Japonia naprawdę może się wówczas wydawać rajem na ziemi...Byłam już w Kioto sprawdzić, jak się kwestia klonów miewa, ale jeszcze trochę za wcześnie, jeszcze ciągle zielono, klony kwitną w listopadzie...Tak więc po zdjęcia klonów zajrzyjcie za parę tygodni:))) A tymczasem....fascynujące zdjęcie...


....mojej toalety (ta rączka z boku ma przyciski na powierzchni i jeszcze dziesięć innych w środku, co - nota bene - odkryłam dopiero w tym tygodniu...:)

A, i złośliwie zapowiadam, że o ile nie doczekam się jakiegoś odzewu w postaci komentarzy, zastrajkuję i w listopadzie będę tylko odpisywać na maile...:P