piątek, 11 grudnia 2009

12月11日 czyli o japońskiej poczcie i zbliżających się Świętach...

Dzisiaj będzie krótko i śmiesznie - mam nadzieję (w ramach próby odstresowania się przed jutrzejszym Wielkim Polsko-Japońskim Gotowaniem, wspominałam, że jutro uczę około 30-tu Japończyków robić barszcz, makowiec i pierogi z kapustą i grzybami?nie?no to właśnie wspominam i dodam, że nigdy więcej nie będę robić makowca bez maszynki do maku!bardzo, ale to bardzo głupi pomysł!). Jedno z małych wydarzeń dnia dzisiejszego zainspirowało mnie do tego, żeby napisać o tym, dlaczego kocham japońską pocztę (czyt.: już dawno odkryłam, że kocham to, co mnie doprowadza do szału...)

A że muszę się szybko wziąć do roboty (namoczyć grzyby, etc.) będzie bardzo konkretnie, bo w punktach. A więc w punktach moja miłość do japońskiej poczty objawia się wtedy kiedy...

1. Dostarcza ona zamówione produkty następnego dnia po zakupie, pytając się jeszcze o najdogodniejszą porę dostawy, żadne awiza i takie tam, wszystko przychodzi do domu, o godzinie i minucie właściwie jaką sobie kto zażyczy... Myślę, że to już by wystarczyło, żeby kochać japońską pocztą, ale kocham ją także wtedy, kiedy...

2. Pan w pocztowym banku, do którego przynależę uprzejmie informuje mnie, że nie mogę robić przelewów dopóki nie "odsiedzę" swoich sześciu miesiący w Japonii (kwiecień 2009)

3. Pani w pocztowym banku (znająca doskonale mój przychód miesięczny) namawia mnie na wyrobienie sobie karty kredytowej, wypełniam z nią więc papiery przez około 20 minut, potem czekam miesiąc aż skończy się pocztowe "śledztwo" w sprawie moich finansów, a na koniec pan w tymże samym pocztowym banku przeprasza mnie najmocniej i mówi, że niestety, bank odmówił przyznania mi karty VISA i że on się bardzo poleca na przyszłość, gdyby stan moich finansów uległ zmianie. (listopad 2009, stan finansów nie ulegnie zmianie, ponoć od przyszłego roku chcą nam jeszcze raz obciąć stypendium)

4. Pani w pocztowym banku każe mi wypełniać masę papierów, żebym mogła wreszcie po 8 miesiącach mieszkania w Japonii robić przelewy, dziękuje mi 5 razy za ich wypełnienie....po czym po miesiącu okazuje się, że przelewów dalej robić nie mogę, bo najwyraźniej zapomniała czegoś gdzieś wysłać (zrobiłam wówczas pierwszy raz chyba w Japonii groźną minę Gajdzina i zapytałam: "a KIEDY będę mogła?" co poskutkowało 30-minutowym postawieniem w stan gotowości wszystkich pracownikow poczty i zaowocowało możliwością robienia przelewów od zaraz. (listopad 2009)

5. Jest godzina po 19-tej, na kampusie jest bankomat, idę do niego i okazuje się, że nie mogę wypłacić pieniędzy bo japońskie bankomaty bynajmniej nie są czynne 24h na dobę (kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, itd....2009, ten fakt do dziś nie przestaje mnie fascynować). To samo powtarza się w sobotę po godzinie 16. W Japonii, my dear friends, pieniądze nie są bowiem całodobowe, całodobowe są automty z napojami, ot co. I sklepy spożywcze. Pieniądze bywają całodobowe (ale wtedy już z prowizją!).

6. Dostaję paczkę i próbuję za nią zapłacić pracownikowi poczty, on jednak pieniędzy nie przyjmuje a zamiast tego dostaje mega niezrozumiałe japońskie maile tłumaczące mi w jaki sposób mogę zapłacić za paczkę, z ktorych to wyjaśnień nie rozumiem nic poza tytułem maila (wezwanie do zapłaty). No przecież chciałam zapłacić, prawda???? To on nie chciał wziąć ode mnie pieniędzy! (grudzień 2009, a dokładnie dziś koło godziny 17)

7. Próbuję zapłacić rachunek na poczcie i dowiaduję się, że o godz. 16.45 poczta jest już zamknięta (że co? październik 2009)

Przykłady można mnożyć, grunt, że japońska poczta plus japoński bank pocztowy są nieustannym źródłem moich bardzo żywych emocji...

Drugim źródłem moich emocji są ostatnimi czasy Święta i przylot do Polski, bo chyba zaczynam mieć już klasyczną, łatworozpoznawalną Reisefieber (i tak odczuwam pewien progres, w lipcu Reisefieber miałam na trzy tygodnie przed przylotem), w każdym razie trudno mi się skoncentrować na tu i teraz...Tęsknie też zwłaszcza za polskim adwentem (w tę niedzielę znów chyba nie uda mi się tu dotrzeć do Kościoła, bo starsza pani Japonka zaprosiła mnie i Kubę na obiad, co znaczy ni mniej ni więcej tylko "Przyjadę po Was o 10 rano:), za takim duchowym przeżyciem tych Świąt, bo w Japonii święta sprowadzają się do misternie zrobionego, przypominającego kolorową bombkę ciasta dużą ilością czekolady i bitej śmietany z napisem "Merry Christmas". To chyba jedyna tradycja wigilijna, jaką tu póki co widać na ulicach. Noworocznych tradycji jest trochę więcej, ale jeśli chodzi o Święta to poza tym, że angielskie kolędy grane są w każdym sklepiej od dwóch miesięcy....Poza tym nic szczególnego tu się ze Świętami nie wiąże, nie licząc Christmas Donuts w Mr. Donut-cie, ale tego nie wliczam.

Wszyscy pewnie zajęci przygotowaniami do Świąt, więc nie wiem, czy ktoś tu przez tydzień zajrzy, no ale jak zajrzy i się ucieszy to niech da znać, ja też się wtedy ucieszę...

wtorek, 1 grudnia 2009

12月1日 czyli po ciężkiej pracy nadszedł czas odpoczynku...

Naprawdę chciałabym napisać barwny wpis o wydarzeniach ostatniego tygodnia, bo działo się tyle, że dziś cały dzień odpoczywałam (bo w tym tygodniu wyjątkowo nawet w sobotę i niedzielę "pracowałam" sprzedając pierniki), regenerując swoje zasoby energii. Ale chyba ich jeszcze nie zregenerowałam do bardzo błyskotliwego poziomu, więc w oczekiwaniu na jakiś ciekawszy wpis, małe foto story (bo ja jak czekam na Grey's to lubię sobie chociaż trailer nowego odcinka obejrzeć, plus, Zagat, dziękuję za Twoje zdjęcia z Tajlandii, strasznie mnie ucieszyły!!!)...
Mam nadzieję, że Wam się spodoba...

Temat pierwszy, czyli ile osób potrzeba, żeby w jeden dzień upiec, udekorować i popakować 600 pierników?







Grupa obacianów do zadań specjalnych plus jeden Siri Lańczyk, który od 10 lat mieszka w Japonii i dołączył był do grupy obacianów jako taki wolontariusz. Teraz obaciany chcą, żebym ja przystąpiła do stowarzyszenia...Muszę się poważnie namyślić, bo wszystkie japońskie kluby i kółka zainteresowań to dość poważna sprawa i poważne zobowiązanie (żeby było śmieszniej ja nie żartuje, babcie mają swoje mityngi conajmniej raz na miesiąc i trzeba w nich uczestniczyć, jak również w większości organizowanych eventów; z drugiej strony, babcie doceniły moje zaangażowanie i upiekły mi prawdziwy, zbliżony smakiem do polskiego, chleb w podziękowaniu za piernikową pracę, obdarowując także wieloma produktami mniej lub bardziej nadającymi się do spożycia;)




Temat drugi czyli japońska szkoła i prezentacja dla dzieci - to chyba temat najciekawszy, zdjęć mam bardzo mało, ale kolega obiecał mi wysłać swoje, więc jak wyśle, to uaktualnię, bo to było naprawdę coś...Ośmioletnie Japończyki są fenomenalne! Na zdjęciu poniżej "polowy szpital" czyli ośmiolatki same serwują sobie jedzenie w klasie (używając fartuchów i maseczek bynajmniej nie tylko w okresie świńskiej grypy!!!!niesamowite, prawda?)



Temat trzeci, czyli główna japońska religia...W Japonii, jak być może wiele z Was wie, religii jest wiele, shinto, buddyzm, wszystkie pokrewne, katolicy, protestanci, etc...Jednak niewiele osób wie, że tak naprawdę podstawową religią japończyków jest oddawanie czci wspaniałej japońskiej naturze w porach ku temu najbardziej sposobnych. I tak, w okresie momijów, czyli kwitnięcia klonów nie ma chyba Japończyka, który by się nie udał z pielgrzymką do jednego z najbardziej znanych "spots" momijowych...Tłumy tam takie jak w Polsce na Jasnej Górze w sierpniu - nie przesadzam!!!Zdjęcia mam więc z kilku wyludnionych kątów wokółświątynnych, bo w tych zaludnionych nie mogłam się nawet dopchać do drzew;)

Biedne gejsze, wszyscy turyści w Kioto polują na nie z aparatami fotograficznymi. Ciekawe jednak, że je tam naprawdę można tak ot, spotkać na ulicach przyświątynnych i przykawiarnianych...


Chociażby uciekające przed aparatami fotograficznymi...

A to seria zdjęć mojej ulubionej świątyni Kiyomizudera, czyli dokładnie tej o której jest mowa w opisie tegoż bloga (albo w jego pierwszym poście). Stąd właśnie skacze dama z parasolką, nieprzypadkowo więc upodobałam ją sobie, na nieszczęście, w porze klonów, upodobał ją sobie również 126 milionowy naród japoński i ciszy tam wczoraj nie znalazłam za bardzo, ciągle uciekając przed jakimiś wycieczkami...



Stąd właśnie skacze dama z parasolką...Ja się chyba jednak nie odważę na powtórzenie tego wyczynu...wystarczają mi moje (wy)skoki metaforyczne i życiowe...

Zdjęcia nie oddają prawdzie rzeczywistości, w rzeczywistości wygląda to dużo piękniej...Takiej czerwieni jeszcze nigdzie nie widziałam...



A to zdjęcia udowadnia, że Japończycy mają bardzo dobre aparaty, niekoniecznie zaś zdolności fotograficzne. Dwukrotnie poprosiłam kogoś, żeby mi zrobił zdjęcie, a że za mną była kolejka do zdjęcia w tym konkretnym miejscu, nie mogłam już poprosić po raz trzeci, obydwa zaś wyszły poruszone....Stąd mój wniosek, że Japończycy, wbrew powszechnej opinii, nie są mistrzami fotografii, oni po prostu kupują takie dobre i drogie aparaty, że nie muszą się uczyć, jak robić nieporuszone zdjęcie bez flesza!!!

I to by było na tyle...Wiem, że fotostory to nie to samo co opowieści, ale na opowieści na żywo przyjdzie już czas bardzo niedługo, więc obiecuję wtedy nadrobić za wszelkie ewentualne niedosyty!

Całuję mocno, z grudniowej, ale wciąż jesiennej Japonii (zresztą z tego co widzę w Polsce też jeszcze ładna pogoda!!)...Myślę o Was bardzo, bardzo ciepło, o waszych radościach, ale i troskach i mam nadzieję, że już niedługo będziemy mogli być dla siebie - chociaż przez chwilkę w tym samym miejscu - ucieszyć się z tego, co radosne, a w innych rzeczach się razem powspierać.

poniedziałek, 23 listopada 2009

11月24日czyli jak się na meczach siatkówki bawi 10 tysięcy Japończyków i jedna Polka...

Wpis dedykowany ( w kolejności...)

1. Mojemu Tacie (bo to, że wiem cokolwiek o siatkówce zawdzięczam właśnie jemu:)

2. Mojej siostrze Asi (bo na arenie brakowało mi jej najbardziej na świecie, nie ma bowiem lepszego od niej towarzystwa na jakimkolwiek wydarzeniu sportowym!!!!!!)

3. Krzysiowi (bo obiecałam, plus do dziś pamiętam, jak się do mnie spóźniłeś tak ze dwie godziny bo w tv leciała siatka:D zobaczymy, może ten komentarz wreszcie Cię skłoni do wyjścia z
grupy cichych czytelników;)

[pisałam to w hotelu "biznesowym" w Nagoi, jak się szumnie nazywał ten przybytek, 22.11 wieczorem]

Skończyłam właśnie swoje "baito" w Nagoi, a że dostarczyło mi ono wiele sportowej i nie tylko radości śpieszę donieść, że wszystkie stereotypy o Japonii, od których pęka wszelka pseudo-antropologiczna literatura są przepięknie i zaskakująco prawdziwe. Japończycy są w istocie najbardziej posłusznym i podatnym na wszelkie ideologie narodem na świecie co najlepiej - jak zobaczyłam na własne oczy - widać na masowych imprezach sportowych. Nie wspominając już o tym, że żaden inny naród nie ma tak wyrobionego instynktu stadnego, jeśli chodzi o wykupywanie wszelkich pamiątek imprezowych oraz - uwaga! - przyrządów do efektywnego dopingowania.

Na czym polega efektywne dopingowanie? Zacofana w tym względzie Europa myśli oczywiście, że na gwizdach, oklaskach i pieśniach zagrzewających do boju. Ameryka Południowa, że na bębnak, rytmach samby i gromkich pokrzykach. A Japonia? Japonia, kraj zupełnie bezpodstawnie oskarżany wciąż od nowa o brak kreatywności i innowacyjności, wymyśliła nadmuchiwane rękawy do głośnego oklaskiwania. Po nadmuchaniu, rękawy, kiedy je się uderzy o siebie, stają się przyrządem skutecznie ogłuszającym i pacyfikującym siedzącego opodal i nie używającego cudnych rękawów Gajdzina (tudzież Gajdzinki). Powiem więce, 8 tysięcy Japończyków używjących naraz tych magicznych rękawów i krzyczących "Retsu goo Nippon" (w tłumaczeniu: Let's go Nippon) sprawiło, że po raz pierwszy zrozumiałam, że Amerykanie w Pearl Harbour naprawdę mieli się czego bać...

Małe preview tegoż zjawiska...(na żywo duuuużo, dużo głośniejsze, zapewniam!)

http://www.youtube.com/watch?v=2YJt-BW32mo


A jeśli dorzucimy do tego instruktażowość dopingu "a la japonaise" to już w ogóle...

Instruktażowość dopingu istnieje zapewne na wszystkich imprezach sportowych, śmiem jednak twierdzić, że nigdzie nie wygląda on tak, jak tutaj (prove me wrong, will you?). Jest on przygotowany bardzo skrupulatnie, a zaczyna się od tego (żeby było prosto nauczyć się raguł gry, proste warunkowanie a la pies Pawłowa), że na boisko do siatkówki wypływa ogromna maskotka - Groszek a prowadzący imprezę wydaje jej komendy w stylu: "Podnieś prawą rękę." "Dobrze." "A teraz lewą." "Pięknie." "A teraz obie." "A teraz podnieś lewą, nie podnosząc prawej." Po każdej zaś komendzie zachęca obecnych na arenie kilka tysięcy Japończyków do oklasków dla maskotki - Groszka. Rozumiem, żeby na jakiejś masowej imprezie dla dzieci wszyscy bili brawo maskotce, ale ku mojemu zdziwieniu klaszczą wszyscy dorośli Japończycy bez wyjątku i tylko ja nie...Potem jeszcze taka mała i bardzo oryginalnej urody Japonka (zamiast brwi ma taki ciekawy makijaż....) uczy z ekranu wszystkich kibiców, jak należy udarzać rękawem o rękaw i krzyczeć: "Do boju Japonia!", "Imoto" (jej przezwisko), jak również "Słodka!" (kawaii...odpowiednik "cute", powiedzmy...). W trakcie meczów nie dziwi już zatem, że kiedy jakiś zespół bez kibicującej mu publiczności zdobywa punkt, to Japońska publiczność, na prośbę prowadzącego "wielkie oklaski dla..." bije brawo, że aż huczy, chociaż przed chwilą gwizdała tej samej drużynie (jeśli np. jest to mecz z drużyną Japońską). Dawno nie byłam na wielkiej imprezie sportowej w Polsce, ale coś mi się wydaje, że u nas chyba rządzą inne reguły, a doping nie jest aż tak skoordynowany...Ale może się mylę...?

Z drugiej strony, może to i lepiej. Jakoś nikomu się nie marzy powtórka z Pearl Harbour, a muszę przyznać, że jest coś zadziwiającego, ale i lekko niepokojącego w tych tłumach Japończyków pokrzykujących w rytm komend wydawanych przez mikrofon. Jakoś ma się wrażenie, że jaka komenda by to nie była, posłuchają. Tak samo jak słuchają, jak się ich prosi, żeby się nie pchali, tylko wchodzili na arenę w dwóch równych rzędach...Niebywałe!

Ostatni mecz, na jakim byłam Japonia sromotnie przegrała z Kubą. Na widowni było około 10 tysięcy osób...a ja sobie siedziałam jak najdalej od tych pokrzykujących i klaszczących Japończyków (czyli tak pół metra dalej) i konwersowałam przez dwie godziny z japońskim bukmacherem na tematy przeróżne (na tym polegało moja praca, relacjonowałam mu mecz punkt po punkcie, w przerwach i timeoutach gadaliśmy sobie zaś np. na temat jedzenia;). Najmilej mi się zrobiło, jak się zdziwił i mówi: "Ale Ty się znasz na siatkówce lepiej niż ja!?!"

Cóż począć? Jak się wychowało w takiej rodzinie, jak moja, trudno się nie znać...(Mój szwagier może coś rzec na ten temat, bo ze zdjęć wysłanych mi ostatnio przez moją siostrę wynika, że został on zaciągnięty na zwiedzanie stadionu FC Barcelona podczas krótkiego urlopu w Hiszpanii). Zresztą, poza palantem, siatkówka to był mój ulubiony sport na lekcjach wu-efu.

I tym, jakże nostalgicznym akcentem, zakończę pierwszą część opowieści z cyklu "(w Japonii) żadnej pracy dorywczej się nie boję"....=D

Na deser, parę zdjęć z meczu Brazylia-Polska...




Chciałam sobie zrobić zdjęcie z tą grupką, ale - niestety - wtedy akurat byłam "w pracy"...:((

I po sromotnej przegranej (na pewno wina różnicy czasu:D)....

A, mała uwaga na koniec, cykl będzie kontunuowany tylko wtedy, jak się doczeka przyzwoitej ilości komentarzy...;) Bo jakoś tak ostatnio było mi smutno, że ich tak mało...>_<

niedziela, 15 listopada 2009

11月15日 czyli I reminded myself why I love Osaka...(and Warsaw, and Paris, and every other big city!!!!!!!!!!)

Ten weekend (ostatni przed rajdem moich "bajto" [BTW, czy to czasem nie pochodzi z niem. Arbeit?]) upłynął mi pod znakiem wizyt i przypomnienia sobie, dlaczego właściwie dobrze jest mieszkać w mieścinie koło mieściny koło Osaki:)))

Odwiedził mnie Piotrek (narzeczony Mai, kto był na mojej imprezie pożegnalnej będzie wiedział kto zacz:), przebywający na placówce firmowej w Korei (no bo dwumiesięczna to chyba nie delegacja...?a może...), tak więc poza wspaniałą okazją spotkania i rozmów, mieliśmy także sporą dawkę zwiedzania i cieszenia się Osaką, co - prawdę powiedziawszy - pozwoliło mi przypomnieć sobie, dlaczego lubię mieszkać w Kansai (region), a konkretnie blisko Osaki...To miasto...które idealnie reprezantuje Japonię pod tym względem, że nie da się go opisać. Jego brzydoty, a jednocześnie piękna, jego mieszanki wszystkiego ze wszystkim, kiczu, blond Japończyków, dobrego jedzenia, głośności (nie byłam w głośniejszym - od ludzi, nie samochodów - mieście!!!), natłoku knajp, afiszy, reklam, banerów, etc. Wreszcie...jego ROZMIARU......

Nie wiem, czy Manhatann robi większe wrażenie, zapewne jest dużo bardziej zorganizowany, a budynki mniej pomieszane stylistycznie, Osaka widziana z 173 metra robi wrażenie, jakby stwarzając ją, Bóg powiedział: "A teraz z chaosu powstaną wieżowce, mniejsze i większe betonowe stwory, bez żadnego planu organizacyjnego czy architektonicznego, każdy, gdzie mu się podoba". Zdjęcia (autorstwa Piotrka) dobrze oddają tę nieskrępowaną żadnym pomysłem a la rzymski układ ulic, chociażby, betonową, acz urokliwą dżunglę...
Ciekawa jestem, czy na czytających i zaglądających tu zrobi wrażenie, ja mogę powiedzieć tylko tyle, że na 40 piętro Umeda Sky Building wybrałam się po raz pierwszy i było to niezapomniane przeżycie, uroczyście obiecuję, że zabiorę tu każdego, kto do mnie przyjedzie, więc....zapisy czas zacząć:)))
Co by nie powiedzieć, jestem dzieckiem miejskim...Dzieckiem DUŻYCH miast. WIELKICH miast. Po ośmiu miesiącach (tuż tuż:) mieszkania wśród gór i pól utwierdzam się, niestety, w tym przekonaniu. Pokochałam moje (karczowane właśnie namiętnie na poczet przyszłych osiedli) górki, pochyłe trasy spacerowe, rolników na polach ryżowych, świeże, górskie powietrze....Ale jeśli dwa razy w miesiącu nie pojadę do miasta to zaczynam chorować...
Naprawdę...Czuję, że się robię po prostu coraz smutniejsza i coraz bardziej bez życia, wsiadam wtedy do pociągu i mknę do Osaki albo bliższej mieściny - naszej atrapy wielkiego miasta - Senri Chuo - a tam ledwie wyjdę z dworca czuję przypływ nowych sił, a nozdrza mi wesoło drgają, nie od zapachu spalin, ale właśnie od tego natłoku ludzi, ulic, od wysokości budynków, miejskich świateł nocnych, różnorodności logo kawiarnii (w Japonii wszytskie podrabiają logo Starbucksa;), etc...Naprawdę...Kto podziela moją miłość do dużych miast, rozumie bez żadnych wyjaśnień, tak sobie myślę. Kinguś, pamiętam, jak zawsze mówiłaś, że Twoja Mama byłaby najszczęśliwsza mieszkając w Pałacu Kultury...Ach, jak ja to dobrze rozumiem...Jak nie można w Pałacu, to chociaż z widokiem na Pałac i wieżowce;) Niestety, z mojej wsi, Osaki nie widać:( Dlatego dobrze od czasu do czasu wybrać się do tego szalonego miasta (naprawdę.....NIGDZIE na świecie ludzie nie ubierają się tak, jak tutaj, w zasadzie częściej są przebrani niż ubrani, można spotkać tu na ulicy kobiety/mężczyzn "przebranych" kolejno za klauna, lolitę, baletnicę z różową tuniką, prostytutkę, dandysa, itd...itp...), powdychać trochę tego szaleństwa i wrócić do siebie zmęczonym, acz szczęśliwym. My "I belong to big cities" smile widać
na zdjęciu obok:P
Może kiedyś mi się odmieni, może kiedyś przestanę "podbijać" wielkie miasta i osiądę gdzieś w Beskidzie z moją chmarę owczarków niemieckich...Póki co, jednak, chyba jednak się jeszcze trochę po tych dużych miastach powłóczę...
Co prawda, jak wszystkim opowiadam, jestem - według określenia mojej rodziny - raczej nieobliczalna niż nieprzewidywalna:))), więc jeszcze wszystko przed Wami...Jak przyjechałam do Japonii to postanowiłam, że do końca roku muszę się zdecydować, czy zostaję tu na doktorat czy nie. W istocie, byłoby to wskazane, moja promotor, jak chce mnie doprowadzić do szału, to się mnie pyta co tydzień, czy się już zdecydowałam, czy nie....A ja dobijam właśnie do ósmego miesiąca mojego pobytu w Japonii i..."ciągle sobie zadaję pytanie, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie...?"...Tadada dadadadadadada....dadadadadaaa
Tak czy siak, ten weekend sprawił, że po różnych kryzysach październikowych (kiedy już właściwie skreśliłam perspektywę doktoratu), znów patrzę na Japonię łaskawym i życzliwym okiem...Bo czasem wydaje się ona bardziej niezamieszkiwalna i bardziej obca niż Mars i Pluton razem wzięte, a czasem....A czasem jest po prostu fascynująca. I betonowo piękna.

cdn....(co nie znaczy, że macie nie komentować:)

poniedziałek, 2 listopada 2009

11月3日 czyli ile dziwnych rzeczy może się zdarzyć w listopadzie...

...ale najpierw małe photo story z ostatniego tygodnia....dwóch, może...



Początek klonowej jesienii na mojej ulubionej spacerowej drodze z Kita-Senri (50 minut w jedną stronę;)


droga do mojego mieszkania widziana od strony kolejowej....



zachód słońca widziany z balkonu mojego mieszkania...


Liv i Por czyli "Goście, goście ileśtam"




Puste, japońskie lodowisko (bo na dworze 20 stopni:) ....poezja!!!!



Ja i Jana na łyżwach w ten weekend (z 15-osobową ekipą Bułgarów, którzy wszak się na zdjęcie nie załapali)



Tajska kolacja, czyli jemy o 23, ale chyba dlatego jeden z najlepszych posiłków, jakie jadłam!!!!




Coś tam, coś tam z bazylią, jak nazwał to zdjęcie Kuba, tak czy siak, pyszne było (a jakie ostre!!!!!)



Tajska ekipa plus jedna Europejka...('Faran' - po Tajsku znaczy to guawa-owoc i 'biały człowiek')

To w ramach update-u zdjęciowego. A w ramach nowego miesiąca, który dobrze zacząć pisaniem maili, postów, etc. mała agenda na ten miesiąc, bo zapowiada się o tyleż ciekawie, co dość szalenie...Szkoła się zaczęła, zajęcia lepsze albo gorsze, ale generalnie jakoś mam kryzys wiecznego studiowania na japonistyce, w związku z tym postanowiłam ostatnio pozajmować się czym innym. A raczej przedziwny zbieg okoliczności sprawił, że dostałam trzy propozycje czasowej pracy, wszystkie prawie na listopad. Jak już mówiłam, gajdzinowi w Japonii zarobić nie tak trudno...Wystarczy czasem, że jest taką "atrakcją" przeróżnych spotkań.
Po tym jak w lipcu piekłam mazurki na prezentacje o Polsce, którą robiła Renia zainteresowało się mną "kółko japońskich obacianów" (to samo, o którym była już mowa) i zostałam poproszona o upieczenie ok 300 pierników na jakiś charytatywny event. To będzie pod koniec listopada. Odezwali się też do mnie Ci sami ludzie od prezentacji "trudów i znojów życia gajdzina w Japonii", w której brałam udział na początku września. Oni z kolei zlecili mi przygotowanie prezentacji o Polsce dla małych Japończyków (dzieci z podstawówki). Prezentacja ma być interaktywna, bo mam ich między innymi nauczyć jakiegoś tańca albo piosenki po polsku...Zapowiada się wesoło. Co jak co, ale japońskie dzieci są urocze...Dopiero później społeczeństwo się do nich dobiera! Last, but not the least, jadę do Nagoi komentować (po angielsku, nie po japońsku!) mecze międzynarodowego turnieju siatkówki (gra Polska złota reprezentacja:)))))), nie dla telewizji, of course not, dla firmy bukmacherskiej z Hiszpanii. Tak czy siak wesoło się zapowiada...Wszystkie te rzeczy przyszły do mnie jakoś same z siebie...Tak to jest w takim dziwnym kraju jak Japonia...Naprawdę....=D Trochę się stresuję, a trochę myślę, że będzie to dobra okazja popraktykować filozofię "otwierania się" na różne rzeczy i niespodziewane wydarzenia w życiu. Co z tego wszystko wyniknęło na pewno napiszę, a w międzyczasie....miłego początku listopada dla wszystkich tu zaglądających!!! Moc uścisków z wyjątkowo (sic!) dziś zimnej Japonii (teraz na dworze 11 stopni)!!!!
A przedwczoraj jeszcze chodziłam w sandałach!
No ale pojutrze znów ma być 20 stopni...:)