sobota, 29 maja 2010

5月30日 czyli o tym, jak w pewien czwartek postanowiłam nauczyć porządku japońskie społeczeństwo...
(aka: ile worków ze śmieciami potrzeba, żeby rozgniewać jedną umiarkowanie spokojną Polkę?)

W czwartek przebrała się miarka. Postanowiłam, że jeśli jeszcze jeden dzień będę musiała znosić worki ze śmieciami moich sąsiadów, leżące sobie beztrosko od tygodnia prawie na naszej klatce schodowej, źle się to skończy. Zaczęłam nawet obmyślać plan, jakby tu przykleić im na drzwiach kartki z napisam "Jak się Szanownemu Panu widzi wyrzucenie jeszcze szanowniejszych śmieci tudzież trzymanie ich po wewnętrznej stronie szanownych drzwi?!?", tak, żeby się nie zorientowali, że notkę napisała im gajdzinka. Kuba sugerował wycinanie japońskich liter z gazety, na wzór tandentnych morderców z amerykańskich filmów, bądź wydrukowanie tekstu na komputerze...Ja rozważałam wszystkie dostępne mi możliwości, bo krew mnie zalała, kiedy w czwartek rano, wychodząc z domu okazało się, że na skutek silnego wiatru (nasza klatka schodowa jest jakby "na dworze") jeden z ów worków rozwiązał się był w nocy i teraz śmieci hulają sobie po naszym korytarzu, a mi w prezencie dostała się skorupka od jajka czekająca na mnie wesoło przed drzwiami wejściowymi, nieświadoma zupełnie faktu, iż była tę jedną skorupką za daleko...Zaciskając zęby, poszłam wszak na uniwersytet, poprzysięgając sobie w duchu, że jeśli za mojego powrotu do domu skorupka sprzed moich drzwi nie zniknie, pójdę na otwartą wojnę z moimi nowymi sąsiadami!!! Na uniwersytecie próbowałam przy kawie uspokoić moje skołatane nerwy, ale na nic się to nie zdało, albowiem próbując wyrzucić plastikowy kubeczek od kawy zobaczyłam, co następuje....

tłumaczenie: kosz na plastikowe butelki (tylko i wyłącznie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!)

kosze do wyboru i koloru przed stołówką uniwersytecką na moim kampusie (od lewej kolejno kosze: na papierowe kubki, na puszki aluminiowe, na plastkikowe butelki, na śmieci recyklingowalne, na śmieci nierecyklingowalne, na papier, znów na puszki, znów na buletki, i tak w kółko...)

Dla niewprawnego oka pierwsze zdjęcie przedstawia po prostu kosz na śmieci. Dla mnie jest to dowód degeneracji japońskiego społeczeństwa, ze szczególnycm uwzględnieniem japońskiej młodzieży!!!Dlaczego? Ponieważ nawet ja potrafię przeczytać opisy na japońskich koszach na śmieci i nawet ja, nigdy wcześniej w życiu nie segregując śmieci zbyt dokładnie, nie wrzucam śmieci byle jak, zwłaszcza jeśli mam obok siebie 10 koszy do wyboru do koloru!!!!!!!!Jest to dla mnie doprawdy zaskakujące, że pojawia mi się piana na ustach, jak widzę coś takiego. Nie spodziewałabym się po sobie tak gwałtownych reakcji, zwłaszcza, że w stołówce regularnie używam jednorazowych pałeczek, co niektórzy przyjaźni środowisku znajomi mają mi za złe;-)
A wszystko zaczęło się od tego, że odkąd wprowadziłam się do mojego mieszkania, administracja regularnie zaczęła w windzie przypinać ogłoszenia o tym, jak strasznie nieporządnie i nie podług reguł wyrzucamy śmieci i że jeśli kogoś złapią to będą pieniężne kary, etc. Dostałam też cały podręcznik po japońsku od firmy wynajmującej mi mieszkanie, a wszystko po to, żebym dostosowała się do japońskich reguł i funkcjonowała w symbiozie z systemem gomi bunbetsu czyli segregacji śmieci (system ten w Japonii jest równie skomplikowany jak fizyka kwantowa, zdawałoby się, a może nawet bardziej =P). Nie można np. wyrzucać śmieci w plastikowych workach z Carrefoura (chociaż to właśnie był zawsze mój sposób recyklingowania plastikowych toreb i wydawał mi się całkiem zmyślny i przyjazny środowisku) - trzeba kupić piekielnie drogie (jedna paczka 10 worków na śmieci to około 17 PLN) worki na śmieci sygnowane przez urząd miasta (nie można, Broń Boże, użyć worków z pobliskiego miasta, nawet jeśli sklep z nimi jest dużo bliżej i wydawałoby się to logiczniejsze). Nie można wyrzucać butelek plastikowych nie umywszy ich wcześniej. Jak się chce wyrzucić dużą, starą lampę, na ten przykład, to trzeba kupić specjalny kupon i zapłacić za "wywóz dużego śmiecia" (tę historię znają wszyscy, którzy czytali Bruczkowskiego - nie jest ona wyssana z palca, bynajmniej!). I tak dalej, i tym podobne...No więc najpiew się trochę pooburzałam, a potem postanowiłam się dostosować i teraz butelki noszę gdzie indziej, plastik wyrzucam do jedych drogich worków, śmieci palne do drugich drogich worków, puszki, szkło, papier - wszystko osobno i umyte. Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy się zorientowałam, że moi sąsiedzi mają gdzieś WIELKIE JAPOŃSKIE REGUŁY ŻYCIA SPOŁECZNEGO i że choć ja się dostosowałam najlepiej jak umiałam, oni - o zgrozo! - wyrzucają plastikowe butelki razem z innymi śmieciami w pierwszych lepszych plastikowych workach. Że co?!????????????????????????????????????????????????????????????Niech mnie kule bują, co to za double standards!?!!?!!?!!!!???

Było to jedno z moich największych rozczarowań wielką i wspaniałą kulturą japońską odkąd tu przyjechałam, muszę przyznać. Odkrycie dwulicowości japońskiego systemu reguł, który charakteryzuje się tym, że reguł trzeba przestrzegać, ale kiedy nikt nie patrzy można mieć je gdzieś. Nic to, że w urzędzie nikt mi nie wyrządzi najmniejszej przysługi, jeśli jest wbrew najmniejszej urzędowej regule (bo wszyscy patrzą ze swoich cubicles!!!!!!!), śmieci można wyrzucać, nie przejmując się regułami, niech się nimi Gajdzin przejmuje! Na takie sposób myślenia, gajdzin, a raczej gajdzinka, reaguje dość agresywnie...Poprzysięgając dogrobową zemstę tym, ktorzy wymagają ode mnie japońskości i japońskiego modelu zachowania na wszystkich płaszczyznach społecznych, sami czasem mając go głęboko w.....Ufff, wyżyłam się, pisząc tego posta, mogę teraz powrócić do japońskiej uprzejmości, kłaniania się sąsiadom i nieprześladowania japońskiej młodzieży....Do czasu, aż kolejnemu sąsiadowi znów się rozsypie worek ze śmieciami...

Epilog: Nie przykleiłam tego dnia sąsiadom kartek z pogróżkami na drzwiach, bo kiedy wróciłam do domu zastałam korytarz posprzątany...musieli chyba gdzieś wyczytać, do czego zdolna jest rozgniewana Polka;-)

niedziela, 16 maja 2010

5月16日 czyli najkrótszy wpis w historii bloga

Dziś są 30-te urodziny mojej siostry i chciałam z tej okazji napisać dla niej coś fajnego, ale po głębszym namyśle zdecydowałam inaczej... Sis, wejdź na ten link www.youtube.com/watch?v=KygHsLDDzp0 na youtubie, a znajdziesz tam mały prezent (jeśli link nie działa, to możesz wejść przez moje konto: driinminoh). And a happy, happiest birthday to you!!!!

Moja Siostra, lat 6


piątek, 7 maja 2010


5月8日 czyli post z na wpoły skrywaną agendą ;)))

podtytuł: things which recently made me feel inspired, safe and good about myself and the world outside or just things which made me laugh out loud!!!

Ostatnio miałam taki dobry wiosenny czas, gdzie dużo małych, fajnych rzeczy robiłam i wieloma rzeczami byłam zajęta (szkoła, próba wejścia na japoński rynek pracy, choćby jako kelnerka we włoskiej knajpie na mojej ulicy;), przez co nie miałam za bardzo czasu na pisanie. Maile, blog, nawet mój pamiętnik od dwóch mniej więcej miesięcy pokrywają się kurzem, a ja się zastanawiam, czy to dobrze, czy źle. Dobrze, bo czasem jak długo nic nie piszę to znaczy to po prostu, że bardziej przeżywam czy robię jakieś rzeczy, jestem hiperaktywna i nie mam po prostu wystarczająco dużo takiego spokojnego czasu "do marnowania" na pisanie (don't get me wrong, "czas marnowany" to some of the best time you can have!). Jest też jednak tak, że czasem nie piszę, bo mam wrażenie, że powinnam pisać o czymś niezwykle ciekawym, żeby to nie było takie "pointless private exposure' ;) A czasem przez długi, długi czas nic takiego niezwykle niezwykłego mi się w Japonii nie przydarza. Albo i przydarza, ale wątpię, żeby dla kogokolwiek poza mną było to aż tak porywające i fascynujące. The point af all this introduction being: nie mam żadnej fascynującej opowieści z pogranicza kultur, ale jakoś tak próżnie tęsknię za jakimiś komentarzami i aktywnością blogową (wow, who would have thought zaledwie rok z kawałkiem temu, kiedy idea bloga wydawała mi się mocno odstraszająca?), więc postanowiłam w bardzo leniwy sobotni poranek powklepywać parę rzeczy, które są ostatnio odpowiedzialne za przepływ dobrej energii w moim mikrokosmosie. Jeśli ktokolwiek z was odczuwa potrzebę przeżycia momentu czasem bardzo zabawnej, czasem wzruszającej, a czasem trochę tandetnej (jak każda rzecz, która nam pomaga:) inspiracji, please DO explore one of the following....

W kolejności odkrywania...

1) Andre Agassi, "Open"

Tak, wiem, ktoś komu kompletnie wisi, co to jest wielki szlem albo w którym roku numerem jeden na świecie był Andre a w ktorym Pete, pozostanie obojętny na urok tej książki niezależnie od tego, co o niej powiem. Tak to już jest ze sportem., I guess. Jeśli jakaś dziedzina sportu nie pasjonuje cię do tego stopnia, że jesteś w stanie zarywać noce byle tylko obejrzeć mecz na żywo, są raczej małe szanse, że rozmowa, film, czy książka na ten temat kiedykolwiek dostarczą ci minimalnej choć przyjemności. Dlatego godząc się z góry z perspektywą porażki (zdziwiłabym się bardzo, gdyby po mojej laudacji po tę książkę sięgnął ktoś, kto nie przepada za tenisem....how about proving me wrong, hm? anyone?), powiem po prostu tyle: this book rocked my world!
Nobody's perfect....;)

"Even if it's not your ideal life, you can always chose it. No matter what your life is, chosing it changes everything."

"This is the only perfection there is, the perfection of helping others. This is the only thing we can do that has any lasting value or meaning. This is why we're here. To make each other feel safe."

A funny one z dedykacją dla wszystkich równie uroczych control-freaków:

"Perry orders chicken parmesan. Brad looks at Perry with disgust. Bad call, he says. The waiter stops writing. What you want to do, Brad says, is order a chicken breast, seperate, then order all your mozarella and sauce on the side. See, that way the chicken breast is fresh, not soggy, plus you can control your chicken-to-cheese-and-sauce ratio."

I na koniec cute & funny cytat na temat związku Andre ze Steffi Graff (one of my greatest women heros of all time!!!):

"My father insists he's not the least bit slighted by not getting an invite. He doesn't want an invite. The last thing he wants to do is to attend a wedding. He doesn't like weddings. He doesn't care where or when or how I make Stefanie my wife, he says, so long as I do it. She's the greatest women's tennis player of all time, he says. What's not to like?"

("Beef - good, custard - good, what's not to like?" dla tych którzy są fanami "Friendsów":)

2) "Modern family" , Abc productions (2009)

Rewelacyjny amerykański serial, na razie chyba nie aż tak powszechnie znany, ale wróżę mu świetlaną przyszłość, bo po obejrzeniu trzech pierwszych odcinków (dla zachęty dodam, że są bardzo krótkie i nie wymagają wolnego wieczoru) zwijałam się ze śmiechu, a to mi się wcale często nie zdarza (ci co mieli szansę oglądać ze mną seriale wiedzą, że jak wszystkich śmieszy coś np. we "Friendsach" to nawet jak mnie to też śmieszy, nie śmieję się raczej na głos). No więc jeśli ktoś chce zobaczyć, co sprawia, że śmieję się bardzo, ale to bardzo głośno, musi obejrzeć parę pierwszych odcinków. A później, jestem przekonana, w dwa dni mniej więcej nadgoni cały pierwszy sezon do najnowszych odcinków (sprzed paru dni). Temu serialowi nie można się oprzeć, jest całkowicie abstrakcyjny i zabawny i nadający się absolutnie dla każdego. Jeśli ktoś z was się skusi, napiszcie koniecznie, jak wrażenia =D

www.flickpeek.com/tv-shows/Modern-Family_2009/

Mam nadzieję, że moje linki się czasem otwierają (do they???), to jest strona, na której są linki do miejsc w sieci, gdzie można obejrzeć odcinki tego serialu za darmo i bez torrentów. Polecam Megavideo.

3) Randy Paush, "The Last Lecture"

Teraz będzie z innej beczki...Gdy próbowałam znaleźć jakieś materiały do ćwiczenia na zajęcia z tłumaczenia ustnego na japoński, znalazłam coś, co zainspirowało mnie w moich poszukiwaniach nowych rozwiązań problemu pod tytułem "Co mam zrobić, jeśli nie doktorat w Japonii???" (jak ktoś ma jakieś sugestie dotyczące tego problemu, they are more than welcome!). Idea samych wykładów jest bardzo fajna: ponoć ktoś na jakimś amerykańskim uniwersytecie wymyślił cykl wykładów pod takim właśnie tytułem i zaprosił różnych naukowców, żeby wygłosili swój "ostatni wykład" opowiadając w nim o tym, o czym chcieli by opowiedzieć studentom, gdyby wiedzieli, że mają możliwość wygłoszenia tylko jednego, ostatniego wykładu. Z wielu przyczyn ten akurat wykład, do którego link podaję poniżej, stał się najbardziej znanym z całego cyklu.

(sponsorowany link, więc można obejrzeć całe godzinne wideo na youtube)

www.youtube.com/watch?v=ji5_MqicxSo

4) "I can do better that your children"

A to trochę w ramach żartu na koniec. Znalazłam to dziś rano, wklejone jako link na stronę pod tytułem "things that always make me feel better". I faktycznie, obejrzałam i it did make me feel better. dedykuję ten króciutki filmik wszystkim, którzy na wystawie sztuki współczesnej mruczą pod nosem "nawet ja namalowałbym to lepiej!". Tak gwoli wyjaśnień, ja bardzo lubię dziecięce rysunki, ale i tak uważam, że te komentarze są po prostu bardzo śmieszne...

www.youtube.com/watch?v=CveUT7TWtWQ

I to by chyba było na tyle...Jeśli ktoś z czytających tego posta obejrzał, przeczytał albo wysłuchał ostatnio czegoś inspirującego, zabawnego, automatycznie poprawiającego humor, niech się ze mną koniecznie podzieli!!! A jeśli kogokolwiek z Was zainspiruje lub po prostu rozśmieszy którekolwiek z powyższych, będę przeszczęśliwa!

Papa!

sobota, 24 kwietnia 2010

4月24日 czyli o okropnych spóźnieniach, jeśli chodzi o życzenia....
(oraz parę historii z moich ostatnio różnymi wrażeniami wypełnionych dni)

Wpis dedykowany drugiej z Trzech Wielkch Komentatorek:
Zagat, niewybaczalnie spóźnione, ale najszczersze i bardzo stęsknione, najlepsze życzenia urodzinowe !!!

Wpis ten zamierzałam napisać w Twoje Urodziny, planowałam to od dawna i naprawdę pamiętałam....(tylko winni się tłumaczą:) Szkopuł w tym, że w dniu Twoich urodzin wylatywali Asia i Misiek a ja byłam w stanie takiego niedospania, że po prostu padłam. Pomyślałam więc, że dzień spóźnione życzenia napiszę w sobotę...I wtedy się zaczęło: katastrofa, żałoba....Jakoś głupio mi było tego samego dnia pisać w takim super-super radosnym tonie jakiś wpis, więc stwierdziłam, że parę dni poczekam, co już w ogóle było najgorsze, bo wtedy dopadł mnie uniwerek, mnóstwo spraw i rewolucyjnych decyzji (o tym będzie dalej) i dopiero od wczoraj schodzi ze mnie jakiś stres i nagromadzenie spraw ostatnich dwóch tygodni. Tłumaczenie marne, ale mam nadzieję, że mi wybaczysz, bo naprawdę cały ten czas pamiętam o Tobie i było mi strasznie, ale to strasznie głupio z każdym kolejnym dniem opóźnienia, co go w żaden sposób nie usprawiedliwia. Anyway, there it is...(finally!!)

Wszystkiego, wszystkiego najlepszego!!! Obyś miała piękny rok, sięgała po odważne pomysły, których Ci nie brakuje, pokonywała dalej różne przeszkody, lęki i ograniczenia (bo za to Cię bardzo podziwiam, mam nadzieję, że o tym wiesz!!!), żebyś była po prostu sobą, czyli kimś kto generuje duże dawki pozytywnej energii na swoje otoczenie i żeby Tobie inni dawali codziennie to samo, a nawet jeszcze więcej!!!
Jest coś strasznie komfortowego w posiadaniu przyjaciół "od kilkunastu lat". Po pierwsze, przechodzi się w tym czasie razem przez bardzo różne rzeczy, poza zaś fantastycznym aspektem wielości różnorakich wspomnień, można też wtedy wyraźnie zobaczyć, jak się ludzie zmieniają, a mimo to jak w dalszym ciągu są i będę zawsze bliscy. Zagat, powiem Ci tyle: jestem z Ciebie strasznie dumna! Jak się widziałyśmy w grudniu to tak sobie myślałam, że naprawdę: "We've come a long, long way together...Throught the bad times and the good". I pięknie patrzeć na tę twoją drogę, wiesz? Oby tak dalej!!!

***

Teraz druga część wpisu, czyli opowieść - uwaga! - o tym, co może się zdarzyć tylko w Japonii ("takie rzeczy to tylko w Erze":)

Otóż, tylko w Japonii można jeszcze zgubić dużą sumę pieniędzy, na ulicy, na dużym kampusie uniwersyteckim, w kopercie, bez żadnego imienia, adresu, czegokolwiek....I odzyskać ją po dwóch godzinach, ponieważ znalazcy nie przyszło do głowy, żeby wziąć sobie niczyje pieniądze, tylko odniósł je do centrum studenckiego i powiedział, gdzie i o której znalazł, tak żeby można je było zidentyfikować. We wtorek bodajże zgubiłam naprawdę dużą część wyjętych z konta pieniędzy (miałam zapłacić z nich za taki egzamin językowy i jakoś po raz pierwszy zamiast do portfela schowałam je do takiej specjalnej koperty, jakie tu są przy każdym bankomacie, takie "koperty na pieniądze") i jak się zorientowałam, to mocno zbladłam, wyobrażając sobie, że nigdy już ich nie zobaczę z powrotem...Słyszałam co prawda historie o odzyskiwaniu w Japonii wszystkiego, co tylko się zgubi (poza parasolami i rowerami, podobnież), ale pomyślałam, że case ten nie dotyczy jednak niepodpisanych kopert z pieniędzmi, za których równowartość student może tutaj spokojnie wyżyć tydzień. A jednak! Przy pomocy Kuby (ktory był dużo bardziej niż ja przekonany, że "się znajdą"), pieniądze odzyskałam w niecałe trzy godziny po ich utracie, co przepełniło mnie ogromnym wzruszeniem wobec jakiegoś niespisanego etosu narodu japońskiego. ...No bo naprawdę....Kto z Was wierzyłby w Polsce, że jak zgubi 300 złotych na ulicy, to jak wróci za trzy godziny, ktoś będzie na niego w tym miesjcu z pieniędzmi czekał? Anybody....? No właśnie, tak też myślałam.

Co do innych historii, to tak w telegraficznym skrócie....Byłam ostatnio w Japonii aż na trzech rozmowach o pracę (wynik: nie dostałam żadnej, wczoraj mnie nie przyjęli jako nauczyciala języka polskiego w jednej ze szkół językowych w Osace, bo po mojej lekcji demonstracyjnej Pan stwierdził, że jak będę mieli jakieś dzieci, które się będę chciały uczyć polskiego, to się nadam, ale że do biznesmenów chyba nie bardzo...T_T), rozstałam się z moją promotor a konkretniej rozstałam się z ideą robienia doktoratu pod jej kierownictwem, w związku z czym znów jestem w punkcie wyjściowym a propos ścieżki kariery i albo wracam za rok do Polski, albo wykombinuję coś jeszcze bardziej szalonego i hardcorowego niż doktorat >_< (w końcu muszę sobie zapracowywać na opinię osoby "nieobliczalnej":)))). Co jeszcze? Let me think...
No to by chyba było na tyle. A, if anyone's interested, udało mi się w końcu zamieścić w sieci zdjęcia z Tajlandii, wybór zdjęć moich plus trochę zdjęć Kuby. Here's the link: http://www.flickr.com/photos/47852468@N05/sets/72157623697588093/ (mam nadzieję, że działa, jak nie, to wklejcie po prostu ten adres i powinno się otworzyć).
Na dziś to chyba tyle, jak się coś ciekawego wykluje to napiszę znów niedługo, póki co wciąż liczę na to, że się więcej komentarzy pojawi pod dwoma poprzednimi wpisami, zwłaszcza wpisem gościnnym, który - uważam - pięknie przedstawia Japonię i jakoś tak mi smutno było, że nie doczekał się większej ilości komentarzy. Ale to pewnie przez żałobę. Przyćmiła talent mojej siostry i szwagra, tak coś czuję;)

Pięknej wiosny....w Japonii wielkimi krokami zbliża się GO-RU-DEN ŁI-KKU (Golden Week), ale w tym roku nigdzie nie jadę (bez przesady, napodróżowałam się ostatnio:). Liczę za to, że będę miała w tym czasie ciut czasu, żeby ponadrabiać kontaktowe zaległości, za które wszystkich, których to dotyczy, najmocniej przepraszam. A kto do mnie długi czas nie pisze, niech też wykorzysta majówkę i coś skrobnie! I miss you all...!!!




niedziela, 4 kwietnia 2010

4 kwietnia czyli o 10 najbardziej fascynujących aspektach Japonii z punktu widzenia dwójki polskich turystów

Jak wiernym czytelnikom bloga wiadomo wpis niniejszy jest wpisem gościnnym, ostatnio zapowiadanym przez szanowną autorkę (jap. o-autorka). Dwójka zmęczonych pracą warszawskich prawników wylądowała dwa tygodnie temu w Japonii (z jednodniowym opóźnieniem, ale za to w nagrodę lecąc business class) i od tego czasu nieustannie odkrywa fascynujące aspekty japońskiej rzeczywistości.
Zatem, dla Ady w podziękowaniu za pokazanie nam takiej właśnie Japonii, dla tych którzy już tu byli jako wspomnienie, dla tych, którzy planują przyjazd do Japonii - jako mały trailer, a także dla tych, którzy jeszcze takich planów nie mają - na zachętę, przedstawiamy poniżej the ultimate top ten of our Japanese fascinations.

10. Zabawki

Wszyscy słyszeli o Hello Kitty, prawda? Ale Hello Kitty (pomimo, iż jest naczelnym wyznawanym w Japonii bóstwem, którego wizerunki znajdziecie na wszystkim, od breloczków do sardynek) to nie wszystko. There is more, so much more! W Japonii zabawki są wszędzie, a tak naprawdę wszędzie są symbole zabawek albo postaci z bajek albo przynoszących szczęście zwierzątek albo nie wiadomo jeszcze czego... I wszyscy się z nimi fotografują i kupują związane z nimi gadżety! Te zabawki potrafią nawet przyćmić lub zastąpić dużo większe atrakcje, tak jak dziś kiedy na wzgórzu, z którego należy podziwiać górę Fuji wszyscy (niezależnie od tego czy akurat było widać kawałek Fuji czy nie, przy czym na ogół Fuji była zupełnie schowana za chmurami) robili sobie zdjęcia z zajączkiem i szopem z jakiejś dziwnej bajki, w której szop robi sok albo zupę z babci (naprawdę japońska wyobraźnie nie zna granic - kolejne dowody na poparcie powyższej tezy nastąpią). Jak widać my też ulegliśmy tej fascynacji ;) I nawet przywieziemy do Polski kilka gadżetów z Hello Kitty - jacyś chętni na takie cudo?



9. Karaoke

Wydawałoby się, że w karaoke nie może być nic fascynującego - cały świat wie, że Japończycy uwielbiają karaoke i co w tym ciekawego, że banda umiejących lepiej lub gorzej śpiewać ludzi zajmuje scenę w pubie i na cały głos ryczy przeboje. Ale karaoke w Japonii to coś zupełnie innego niż karaoke w Polsce. Zacznijmy od tego, że nie odbywa się w pubie, ani w knajpie ani w restauracji. Odbywa się w miejscu do karaoke, które podzielone jest na mnóstwo prywatnych pokoików różnych rozmiarów i każda ekipa dostaje swój własny pokoik co pozwala błaźnić się we własnym gronie, a nie przed tłumem obcych. Po drugie książka piosenek do wyboru jest wielkości książki telefonicznej miasta stołecznego Warszawy i trzeba naprawdę wiedzieć co chce się śpiewać, bo na lekturze tego dzieła można stracić nie jeden wieczór. Po trzecie jest opcja, którą wybiera pewnie każda polska grupa ruszająca na karaoke w Japonii - drink all you can in 90 minutes!!! Wtedy nie ma już problemu z zachęcaniem kogokolwiek do śpiewania ;) Aha i oczywiście w ramach ceny, kiedy już grupa się rozbawi przychodzi pan z obsługi i robi pamiątkowe zdjęcie, które otrzymuje się wychodząc (w mini-albumie z Hello Kitty). To się nazywa zorganizowana rozrywka! We loved it!!!


8. Sklepy i zakupy

Ada zamieszczała już na blogu kilka zdjęć z japońskich sklepów i opisywała swoje z nich wrażenia, więc właściwie powinniśmy byli wiedzieć na co się piszemy kiedy pierwszy raz wybraliśmy się na samotne zakupy do Osaki. Jednak jak to często bywa rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania. To już nawet nie chodziło o to, że większość produktów była dostępna we wszystkich kolorach tęczy, ani o to, że sklep z elektroniką miał 6 czy 7 pięter. Po prostu ilość tego co można kupić połączona często z absolutną bezużytecznością tych przedmiotów, ich kolorystyką, wystrojem sklepów i ich dekoracją jest mieszanką absolutnie wybuchową! Nawet osoby nie lubiące zakupów w normalnym życiu (czyli męski pierwiastek naszej wycieczki) chętnie odwiedzają japońskie sklepy - it's not about shopping, it's about the experience!


7. Jedzenie

Zupa miso, sushi, tempura - o wszystkim słyszeliśmy i wiedzieliśmy, że przy naszych pewnych dziwactwach jedzeniowych może tu być trudno ze znalezieniem lokalnego jedzenia, które będzie nam smakowało, a przede wszystkim, które odważymy się przełknąć. Ale ponownie - nie byliśmy gotowi na to co nas spotkało. Część zadziwień była jak najbardziej pozytywna - można tu zupełnie nie(aż tak)drogo i przyzwoicie zjeść, a w dodatku wszędzie prawie za darmo dają wodę i herbatę. Ale z drugiej strony nie jesteśmy w stanie zrozumieć jak można na kolację w porządnym hotelu podać ludziom talerze surowego mięsa a na stole postawić im garnek z wrzątkiem, w którym mogą je sobie ugotować. Albo dlaczego do zupy dostaje się pałeczki a do curry łyżkę. Albo kto wymyślił kit-kata z wasabi (tutejszy chrzan) jako słodycz. Albo jak można nawet na śniadanie podawać ludziom surowe ryby (często z oczami - podobne do tych sprzedawanych na straganie uwidocznionym na zdjęciu) i tę nieszczęsną zupę z misia ;) Na szczęście powszechnie znane zdolności kulinarne Ady trzymają nas przy życiu!


6. Wielkie budynki, mosty, drogi

One są naprawdę wielkie... I w pewnym sensie przyciągają naszą uwagę i ciekawość o wiele bardziej niż dawne świątynie czy pałace, bo mają w sobie właśnie coś fascynującego. Może to dlatego, że nie rozumiemy, dlaczego budowa dwupoziomowych mostów, linii monorail czy torów dla szybkiej kolei możliwa jest w górzystym kraju trapionym trzęsieniami ziemi i obfitymi opadami, a nie jest możliwa w relatywnie płaskim kraju o umiarkowanym klimacie... Warto dodać, że beton, jako ulubione aktualnie tworzywo Japończyków, jest wszechobecny, choćby w formie krawężników na poletkach ryżowych, czy wybetonowanych ścieżek w górach.




5. Ryokan

Czyli tradycyjny japoński hotel. Wszystkie obiekty zakwaterowania w Japonii dzieli się według tego czy jest to styl zachodni czy styl japoński czyli właśnie ryokan. W czasie naszej podróży dwa razy nocowaliśmy w takim przybytku i wciąż nie możemy wyjść z podziwu. Bo to dużo więcej niż hotel. To miejsce gdzie pokój jest podpisywany imieniem gościa, gdzie w pokoju gość znajduje wszystko czego może potrzebować (kapcie, yukatę, szczoteczkę do zębów, zestaw do parzenia herbaty), a w dodatku wszystko dzieje się jakby magicznie kiedy człowieka nie ma... to znaczy kiedy wracamy po kolacji nasze futony są rozłożone i wszystko jest przygotowane do snu. Przechodząc do jadalni (patrz: punkt o jedzeniu) kłania Ci się co najmniej pięć osób witając, przepraszając za swoją obecność, dziękując za uwagę i żegnając jednocześnie. Gość czuje się jak średniowieczny wielmoża. Nie należy zapominać też o ofuro, rytualnych kąpielach w gorących zbiorowych wannach, które są tu podstawową atrakcją pobytu (kąpiel przed posiłkiem, po posiłku, między posiłkami, po czym cykl powtarza się). Naprawdę to coś więcej niż po prostu hotel.




4. Japońska wizja historii

W ramach wycieczki do Tokio za jeden z podstawowych celów (obok Harajuku, o którym będzie jeszcze poniżej) mieliśmy Yasukuni-jinja czyli słynną świątynię poświęconą Japończykom poległym w obronie ojczyzny, w tym w drugiej wojnie światowej - obiekt znany z kontrowersji związanych z modłami nad japońskimi zbrodniarzami wojennymi. Do świątyni przylega też muzeum, pełne sprzętu wojennego, samolotów, czołgów i torped, w którym poznaliśmy nową wersję historii. Dowiedzieliśmy się mianowicie, że w drugiej wojnie światowej (która tutaj nazywa się Greater Eastern Asian War) Japonia broniła swoich terytoriów i starała się uniknąć ataku na Stany Zjednoczone (do którego, absolutnie wbrew swej woli, została wmanewrowana), a ponadto, że ruchy wolnościowe w Azji po drugiej wojnie światowej były skutkiem działalności Japonii i zakorzenienia przez nią idei wolnościowych. Ani słowa (po angielsku) o zbrodniach wojennych. Ponieważ po angielsku były tylko drobne fragmenty opisów bardzo zastanawia nas jak to jest przedstawione po japońsku - obawiamy się, że może być jeszcze ciekawiej... Aż dziwne, że część eksponatów została wypożyczona przez muzea amerykańskie.


3. Jidohanbajki

To nazwa naszych ulubionych urządzeń w Japonii! Jest to zbiorcze określenie na wszelkiego rodzaju automaty sprzedające picie, jedzenie (na ciepło i zimno), papierosy i co jeszcze przychodzi do głowy. Ich najlepszą cechą jest to, że w przeciwieństwie do ich odpowiedników w Europie wcale nie sprzedają tych rzeczy dużo drożej niż w sklepach (np. na naszym ulubionym napoju różnica między ceną w sklepie a w automacie wynosi 3 jeny czyli ułamki groszy, bo 100 jenów to troszkę ponad 3 zł) a także to, że są wszędzie, dosłownie wszędzie - nawet w hotelach! Nawet w parkach (np. wśród jelonków w Narze), nawet na mało uczęszczanych drogach, naprawdę wszędzie, co ponoć ratuje ludziom życie w czasie tutejszych upałów. Co więcej automaty te sprzedają nie tylko zimne picie, ale też gorące - kawy, herbaty, kakao, zupy i to nie do plastikowych kubeczków, które zaraz się od gorąca zdeformują, tylko w puszkach, od których można miło ogrzać ręce w zimny dzień. I oczywiście wydają resztę, nawet z banknotów! Nie ma dnia, żebyśmy nie poczynili jednego lub więcej zakupów w takim automacie i już ciężko nam wyobrazić sobie życie bez nich!


2. Freakshow

W pewnym sensie Japonia to jeden wielki freakshow z tymi zupełnie innymi obyczajami, było nie było inaczej wyglądającymi ludźmi, Hello Kitty i w ogóle, ale jak to w życiu bywa some people are bigger freaks than other! Niejednokrotnie oglądaliśmy się za różnymi typami na ulicach japońskich miast i niejednokrotnie żałowaliśmy, że nie dość szybko wyciągnęliśmy aparat, zrobiliśmy zdjęcie lub wstyd nam było tak otwarcie fotografować ludzi, którzy po prostu szli sobie po ulicy... To co widać na zdjęciach to naprawdę tylko mała próbka możliwości japońskiej młodzieży m.in. w tokijskim rejonie Harajuku, które jest tak znane z freaków, że momentami było tam więcej białych fotografów niż azjatyckich dziwaków.




1. Sakura, sakura i jeszcze raz sakura

Kiedy dziś robiliśmy ten top ten, od początku nie było wątpliwości co będzie na pierwszym miejscu. Sakura czyli kwitnące wiśni jest absolutnym przebojem naszego pobytu tutaj. Specjalnie planowaliśmy być w Japonii kiedy kwitną wiśnie (no i kiedy Ada ma wakacje), ale było to motywowane chęcią zobaczenia ślicznych krajobrazów, a tymczasem, oprócz naprawdę pięknych wiśni zobaczyliśmy zjawisko społeczne. Bo kwitnące wiśnie oznaczają, że cała Japonia rusza je podziwiać, wychodząc w tym celu z biur i domów, siadając pod drzewami i pijąc, jedząc specjalne dania odwołujące się do wiśni i kupując wszystko, co się da z widokiem kwitnących wiśni. W Tokio na przykład ludzie wjeżdżali na taras widokowy na 45 piętrze nie po to żeby zobaczyć panoramę miasta z wieżowcami, ale po to, żeby popatrzeć na kwitnące wiśnie z góry! Takich tłumów jak w Tokio przy wejściu do parku narodowego (część zdjęć jest właśnie z drogi do tego parku), które jest jednym ze znanych miejsc do hanami (czyli podziwiania sakury) nie widzieliśmy w Polsce nigdy, poza wizytami Papieża, które jednak były dużo rzadsze niż kwitnące co roku wiśnie... Ada mówi, że podobnie jest jeszcze w listopadzie kiedy są momidzie czyli czerwone liście klonów, ale naszym zdaniem jeśli planujecie przyjazd do Japonii to tylko w okresie sakury!

\



Zostały nam w Japonii już tylko cztery dni, ale czeka nas jeszcze sporo atrakcji, w tym prawdziwa tea ceromony z mistrzem parzenia herbaty i piknik ze znanymi już z Ady wpisów obacianami mający oczywiście na celu podziwianie sakury. Choć w tej chwili wydaje nam się to wątpliwe może coś zachwieje jeszcze powyższą listą. Jeśli tak będzie obiecujemy dać znać.