niedziela, 8 sierpnia 2010

lekcja.polskiego2.mpeg

Ciag dalszy, czyli po tym, jak nie udało się uczniom odtworzyć dialogu:

Cześć
Cześć.
Jedziesz na wakacje?
Jadę.
Gdzie jedziesz?
Jadę do....
Jedziesz do...? Super!

wyjaśniam po japońsku dlaczego im się nie udało ;-) (bo dialog długi, polski trudny, a polskie litery nie do przeczytania dla Azjatów ;-) Nie uwzględniłam opcji, że może nauczyciel słaby =P

lekcja.polskiego.mpeg


Obiecany fragment wideo pt. "Otsukaresama deshita", czyli "ależ sę pięknie zmęczyłam ucząc Japończyków polskiego" (moje zaliczenie u tutejszej promotor na koniec tego semestru, mialam przeprowadzić 10-minutową lekcję polskiego tak, żeby na koniec uczniowe byli w stanie przeprowadzić po polsku w miarę "naturalny" dialog; powyżej zdjęcie z tychże zajęć)

środa, 4 sierpnia 2010

8月4日 czyli "otsukaresama deshita!" ("(pięknie) się żeśmy napracowali!)
i Tokyo impressions (część pierwsza...)

(aka: "Jeśli śni Ci się, że chodzisz po Tokio, obudź się, proszę, bo mogę Cię zapewnić, że tak właśnie zaczyna się Twój koszmar!" chodziłam w czymś takim przez dwa dni...)


Wypada zacząć od tytułu. Chyba. "Otsukaresama deshita" (a może ktoś pamięta po lekturze Bruczkowskiego, chociażby) jest jednym ze słów-kluczy w języku japońskim, ktory to język jest chyba najbogatszym językiem świata, jeśli chodzi o liczbę wyrażeń utartych i zidiomatyzowanych (doskonałych na KAŻDĄ okazję!). Do tego stopnia, że potrafią one nabierać całkiem nowego znaczenia w zależności od okazji oraz osoby je wygłaszającej. Z ciekawszych życiowych przykładów (najlepiej operuje się na przykładach;-) dawno temu już Ahmed wygłosił teorię która nam się tu wszystkim bardzo spodobała, dotyczącą sławetnego japońskiego: "gambatte kudasai", czyli (dosł.) "proszę się starać", używanego we wszystkich kontekstach naukowo-pracowych, a także życiowych. Mianowicie, stwierdził on był któregoś pięknego wieczoru podczas naszych zeszłorocznych akademikowych dyskusji, że nienawidzi, jak mu się tak mówi, gdyż jego zdaniem nie oznacza to bynajmniej życzliwej zachęty do nauki/pracy, etc., jest za to niegrzecznym i aroganckim sposobem wyrażania przez Japończyków niezadowolenia postawą gaijina. Oraz, oczywiście, próbą zmiany niepożądanego zachowania na zachowanie podług rodzimych (jedynych dopuszczalnych i akceptowanych) norm. Co fakt to fakt, gambatte kudasai w zależności od okoliczności, tonu oraz relacji międzyludzkich może brzmieć conajmniej jak: "oj, jakby to ładnie ująć? coś kiepsko Ci idzie...", "hmmm...widzę, że dużo pracy jeszcze przed tobą....ale nie mam ochoty Ci pomóc", "nie interesują mnie twoje problemy, więc postaraj się (o nich nie mówić!)". I tak dalej. Przykłady można mnożyć w nieskończoność.

Osobiście, ostatnio fascynuje mnie inne japońskie wyrażenie, które obgadałam byłam pewnego sfrustrowanego popołudnia z moim uroczym kolegą (młody Bułgar) - przyszywanym młodszym bratem w tym semestrze (im robię się starsza, tym więcej mam młodszych kolegów;-) Jest to bowiem kolejne zdanie - leitmotif - życia w Japonii. Wystarczy pobyć tu przez chwilę (czasem nawet na wizie turystycznej starczy), żeby usłyszeć sławetne japońskie "nie" (które wcale nie znaczy nie, tak jak wszyscy zapewne wiedzą;-)..."Moshiwake gozaimasen ga,...." "Najmocniej przepraszam, ale...", tudzież dosłowne: "Nie znajduję wytłumaczenia dla powodu (dla którego ,niestety, muszę Panu/Pani odmówić)..." W skrócie, najczęściej oznacza to po prostu "nie", "nie ma takiej możliwości", "nie da się" w wystarczająco zawoalowanej formie, żeby Japończyk nie musiał się ksztusić wypowiadając te przeraźliwie obraźliwe słowa. No i pięknie. Przed przyjazdem do Japonii sama myślałam, jaki to wspaniały język, gdzie wszystko jest zawoalowane, niedopowiedziane, niedookreślone, gdzie nie trzeba bezpośrenio odmawiać, nie zgadzać się, i tak dalej...Myślałam także, że w kulturze, gdzie królują takie właśnie zdanie, łatwo będzie mi się odnaleźć. I było. Dopóki wierzyłam, że "Moshiwake gozaimasen ga,..." oznacza jedno ze zdań, wymienionych powyżej. Gorzej, gdy doświadczenie za doświadczeniem, każda najmniejsza próba nagięcia jakiejkolwiek (choćby najbardziej idiotycznej lub najmniejszej) reguły kończyła się właśnie taką wymianą zdań i gdy zaczęłam mieć wrażenie, że piłeczki te serwuje się we mnie przy każdej co bardziej wybujałej prośbie:

"Czy mogę zapłacić kartą?" "Moshiwake gozaimasen ga..." (mimo, że produkujemy maszyny najbardziej wyszukanych i skomplikowanych technologii nie opanowaliśmy jeszcze systemu płatności kartą w sklepach i restauracjach, nawet w tak dużych miastach, jak Osaka);

"Czy mogę pojechać na wycieczkę dla studentów uniwersytetu, będąc studentem międzynarodowym dwurocznym a nie rocznym?" "Moshiwake gozaimasen ga..." (nie mogę, bo mogą studenci półroczni, roczni i czteroletni, ale dwuletni akurat nie);

"Czy mogę dostać do ręki moje badania lekarskie?" (sic!) "Moshiwake gozaimasen ga..." (nie mogę, bo może je zobaczyć tylko mój lekarz! Nie ważne, że za badania płacę ja, nie ważne, czy to badanie potrzebne mi do zdawania egzaminów na uczelnię, nie ważne wreszcie (błahostka), że to moje ciało i moja krew! Lekarz wie lepiej, laboratorium nie przekaże mi wyników MOICH badań, muszę się po nie pofatygować do lekarza i wtedy zobaczymy, czy on mi je odda...).

Jeszcze gorzej, jak zrozumiałam, że po usłyszeniu tego zdania-klucza, nie można w zasadzie nic powiedzieć, o niczym podyskutować, można tylko powiedzieć: "Wakarimashita. Arigatou gozaimashita." ("Zrozumiałam. Dzięuję bardzo.") i wyjść z urzędu z podkulonym ogonem. Moshiwake gozaimasen ga nie zostawia bowiem cienia nadziei, najmniejszej szansy ni uchylonych choć na paznokieć drzwi! Koniec i basta. A mówią, że Japończycy nie potrafią być stanowczy! Bujda!

Ale wróćmy do naszych baranków (revenons a nos moutons). Otóż, najgorzej mi się zrobiło, jak ostatnio zrozumiałam, że owo wyrażenie obejmuje czasem znaczeniowo także i wulgaryzmy i że bywają sytuacje, w których oznacza ni mniej ni więcej, jak (przepraszam, musi być po angielsku): "Screw you. We will NOT help you!" (dowolne tłumaczenie eufemizmowe: "a figa! nie pomożemy i już!"). Poruszam ostatnio niebo i ziemię, żeby dopiąć swego w pewnej sprawie i w większości miejsc słysze właśnie tę "muzykę (nie) dla moich uszu". Jutro się okaże, czy pokonałam wreszcie (choć raz jeden!) system, czy też system wygrywa ze mną 10:0. Czy wspominałam już kiedykolwiek, że im dłużej mieszkam w Japonii tym mniej jestem japońska....?

Ale odeszłam od tematu...Tematem miało być Tokio, do którego pojechałam na rekonesans w zeszły weekend...Chyba będę musiała przez parę dni jeszcze temat Tokio przetrawić, żeby móc cokolwiek o nim napisać...Główne wrażenie na wklejonych, nie moich, co prawda, zdjęciach. Takiej masy ludzi nie ma nigdzie na świecie. I dobrze! Nie we wszystkim należy Japonię naśladować :-)

Ciąg dalszy nastąpi... (bo nie wyjaśniłam jeszcze dlaczego zaczęłam od "otsukaresama deshita")
Wiąże się z tym wideo z mojego egzaminu zaliczeniowego, które muszę zmniejszyć, bo nie chce mi go opublikować na youtubie, a którym się chciałam z zainteresowanymi podzielić ;-)
Tymczasem otsukare (przyjaźniejszy skrót) dla wszystkich spracowanych (Zagat, żyjesz, Słońce ? Martwię się, że Cię tu nie było, może praca Cię tak przytłoczyła...?I miss ya!) i żądnych wakacji!
A, i napiszcie jakieś komentarze dla zachęty, żeby mi się chciało napisać część drugą (kolejne słowo klucz: onegaishimasu! "bardzo łaskawie się polecam (waszej komentarzowej pamięci"). Jak nie, to trudno, będzie na żywo, bo od 26 sierpnia jestem w Polsce :-)))))))))))))))




piątek, 2 lipca 2010

7月2日 czyli special feature...


Jako, że w czerwcu milczałam i po raz pierwszy nie napisałam ani słowa, na początku nowego miesiąca special feature, który opowiada o moich czerwcowych przygodach...Enjoy! And comment some! (ha, teraz nie trzeba się już zalogowywać, żeby zamieszczać komentarze, więc nie ma wymówek;-)


Bevanda, per favore!
czyli opowieść o tym, jak zdobyłam tytuł Najgorszego Pracownika Roku


  W czerwcu otworzyły się przede mną drzwi, dotychczas zatrzaskiwane mi przed nosem przez co bardziej bojaźliwych Japończyków, a dodatkowo zapieczętowane przez japoński Urząd ds. Immigrantów. Drzwi japońskiego systemu baito - wszelakich prac dorywczych, które nie wymagają podpisania dożywotniego kontraktu lojalności z jedyną na świecie Wielką i Wspaniałą Firmą Japońską. Są to bowiem prace wykonywane głownie przez studentów, w niewielkim bądź całkiem pokaźnym wymiarze godzin, regularnie bądź też nie, opłacane na podstawie przepracowanej ilości godzin. Do tego systemu pukałam nieśmiało już od jakiegoś czasu, zakładając, że jeśli spędzam sierpień w Osace, poza wytrzymywaniem upału (zajęcie wielce energochłonne) potrzebne mi jest jeszcze jakieś dodatkowe zajęcie, nowe wyzwanie i ciekawe doświadczenie w jednym. Pukałam nieśmiało do różnych drzwi: małych knajpek i wielkich, międzynarodowych gigantów (Starbucks zapisał się niechlubnie w historii mojego pukania, gdyż odmówiono mi tam w sposób wyjątkowo złośliwy, sugerując, że babcie japońskie nie będą zadowolone, jak je będzie obsługiwała Gaijinka, co nie mówi perfekt po japońsku), a kiedy już zwątpiłam, że gdziekolwiek ktoś mi te drzwi w końcu uchyli, dopukałam się do swojej ulubionej japońsko-włoskiej restauracji, gdzie drzwi otworzyła mi magiczna formuła: „Wygląda na to, że będzie się Pani ogromnie starać dla naszej firmy, dlatego też, jeśli Urząd ds. Imigrantów wyrazi zgodę, my Panią zatrudnimy.” Alleluja! Nie można by tego lepiej i komiczniej zarazem ująć, co nie zmienia faktu, że Pan Menadżer miał całkowitą rację - zamierzałam się bowiem niesamowicie starać, dla dobra imienia własnego oraz Europy. Niech wiedzą, że my nie tacy lenie i nieroby!
  Dobrymi chęciami wszak....Ale nie uprzedzajmy faktów. A fakty przedstawiają się w następujący sposób. Po uzyskaniu wszystkich potrzebnych pieczątek (dla efektu lekkiego uniesienia brwi dodam tylko, że między in. moja profesor musiała napisać dla Urzędu ds. Immigrantów uzasadnienie, w którym należało wyjaśnić w jaki sposób obecna praca przyczyni się do rozwoju moich badań naukowych w Japonii!), zapoznaniu się z wieloma podręcznikami wyjawiającymi mi misję restauracji, pozwolono mi rozpocząć oficjalne szkolenie (okazało się, że żeby witać gości i przyjmować zamówienia muszę przejść 40-godzinne szkolenie podczas którego zapoznam się dokładnie z każdym kątem restauracji). Przeciwko szkoleniu nie miałam nic przeciwko, uznałam, że będzie to nawet zabawne. I było. Najbardziej zadziwiające było, jak szkolący mnie pracownicy dziwili się, że tak szybko zapamiętuję, jak należy nalewać drinki albo które skróty, co oznaczają (bez przesady jestem Gaijinką, ale nie jestem opóźniona w rozwoju, na miłość boską!!!), Jeszcze bardziej mnie śmieszyło, jak każda osoba chwaliła mnie za świetną włoską wymowę (trudno nie wygrać, jak się w tej konkurencji startuje z Japończykami). Nalawszy bowiem zamówione drinki, należało za każdym razem krzyknąć do kelnera „Bevanda, per favore!” co oznacza nie więcej jak: „Drinki, proszę!”. Na serwowaniu kawy, herbaty, coca-coli i piwa (ha, nauczyłam się rozlewać piwo!) minął mi szkolenia i pracy wieczór pierwszy. A po pracy poszłam oglądać z przyjaciółmi mecz Brazylia - Portugalia.
  Następnego dnia dostałam maila z prośbą, żebym w niedzielę rano przyszła na zebranie wszystkich pracowników. No coż, zamierzałam się wyspać, ale jako że miałam się „niesamowicie starać”, spakowałam się rano do autobusu i w ten sposób zaczął się mój szkolenia i pracy dzień drugi. Obfitował on w liczne uniesienia brwi, tym razem z mojej strony. Na samym wstępie dowiedzieliśmy się, że niedzielne zebrania odbywają się raz w miesiącu i że należy na nich być, a jak się nie przyjchodzi to należy koniecznie o tym powiadomić. No dobrze, to jeszcze nie była ekstrawagancka prośba. Następnie dowiedzieliśmy się, że nasza restauracja ubiega się o tytuł „coś tam coś tam restauracja roku” i że w związku z tym nie wystarczy, jak się postaramy, musimy się WYJĄTKOWO starać. No dobrze. Myślę sobie, nie pierwszy raz pracuję w usługach, rozumiem co to znaczy, że klient ma być zadowolony, wiem, jak należy się uśmiechać, i ogólnie rzecz ujmując - pycha Cię zgubi! - pomyślałam sobie, że nie ma sprawy, potrafię pracować tak, żeby dostali ten swój wymarzony tytuł. I tu dopiero się myliłam. Bo od ogółu przeszliśmy do szczegółu i rozpoczęła się muzyczna (sic!) część szkolenia, podczas której dowiedziałam się, że sławetnego „irrasshaimase!” („Szanowny Kliencie, witaj w naszym skromnym sklepie”) nie można wykrzykiwać sobie ot tak, na dowolnie wybranej nucie....Że co? Najwyraźniej, miłe uczucia wzbudza jedynie „irrasshaimase” wykrzykiwane na dźwięku SO (odpowiednia demonstracja obejmowała śpiewanie: do, re, mi, fa, SO, la, si, do), dlatego też byliśmy wszyscy zachęceni do przećwiczenia odpowiednich dźwięków, zwłaszcza zaś mężczyżni, którym z jakiś dziwnych przyczyn (no chyba dlatego że są mężczyznami!), nie przychodzi to z łatwością. Jedna z ofiar była nawet proszona, żeby przed wszystkimi demonstrowała swoje muzyczne zdolności. Szczerze powiedziawszy, na miejscu tego gościa, miałabym ochotę komuś przyłożyć za te idiotyczne ćwiczenia. Kiedy już myślałam, że nie da się chyba wymyślić nic głupszego, przeszliśmy do gimnastyki twarzy, w celu poprawienia naszych uśmiechów, tak by i te były „wyjątkowe”. Należy się uśmiechać na dźwięku „iiiiiiiiiiiii”, tak żeby policzki podniosły się na odpowiednią wysokość. Jeśli ktoś ma zapadłe policzki (znow, ta sama ofiara, chłopak o imieniu Hachi; przeraźliwie chudy - skąd zapewne brak wypukłych policzków), znów, powinien poćwiczyć. Uśmiechanie się z zapadłymi policzkami nie robi dobrego wrażenia na klientach. Nie ważne, jak miły i usłużny jest kelner. Szczerze powiedziawszy, jak tak siedziałam wśród ludzi, szczerzących te policzki i ćwiczących dźwięki pięciolinii, po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że nie ma znaczenia, czy moja praca jest na godziny, czy nie, czy jest poważna, czy nie....I tak lekko nei będzie, bo Japończycy, z niezrozumiałych dla mnei powodów, lubują się w wymyślaniu, wdrażaniu, a następnie pilnowaniu i przestrzeganiu tego typu zasad i reguł. Przypomniałam sobie też słowa Kuby, który zawsze w takich sytuacjach mówi o „faszystowskich zapędach Japończyków”. Cóż, porównanie bardzo niechwalebne i trochę niesprawiedliwie, a z drugiej strony robi się człowiekowi trochę zimno na plecach, jak wie, że nawet uśmiech musi mieć regulowany i pod linijkę do określonych standardów. Po całej tej gimnastyce buzi i języka, zaczęły się jakieś kolejne wyjaśnienia, z których - na moje szczęście - rozumiałam piąte przez dziesiąte. Ulżyło mi, szczerze powiedziawszy, jak się wyłączyłam. Na koniec zebrania dostaliśmy pizzę, więc pomyślałam sobie: „No dobrze, może jakoś to będzie, w końcu będę tu pracować tylko dwa dni w tygodniu.” To bardzo mądre z ich strony z tą pizzą, zresztą, bo dobrej pizzy w Japonii jak na lekarstwo, więc ma ona siłę zamykania ludziom ust i rozwiewania wszelkich wątpliwości i podejrzeń.
  Wbrew obawom z zebrania, dzień drugi w pracy minął mi w dość miło, zwłaszcza pod względe towarzyskim, bo pracowałam z dwoma fajnymi chłopakami (pierwszy raz dane mi było spotkać fajnego, zabawnego, młodego Japończyka!), więc sporo żartowaliśmy i gadaliśmy. Niestety, im głębiej zanurzałam się w system pracy obowiązujący w restauracji, tym bardziej byłam zszokowana, że jeśli pracuję 5h, to oznacza to, że pracuję 4h56min30sec. Jeśli bowiem w ciągu mojego czasu pracy, restauracja pustoszała, a ja nie miałam nic sensownego do roboty i żadnych drinków do nalewania, zaraz czyjeś czujne oko podchodziło i pytało się mnie, czy mam co robić, a usłyszawszy odpowiedź negatywną, znajdowało mi wielce zajmującą robotę w stylu: uzupełnianie solniczek, przecieranie wszystkiego sprayem alkoholowym, przenoszenie czegoś z miejsca na miejsca, uzupełnianie wiader z lodem, etc. Nie żebym chciała przez pół godziny stać i oglądać własne paznokcie (oj, o paznokciach jeszcze będzie!), ale przez dwie minuty postałabym sobie i znad baru popatrzyła się na jedzących w restauracji ludzi, etc. Nic z tego, nie w japońskiej restauracji, firmie, nie w japońskim niczym! Ostatnio, jak opowiedziałam to mojej Bułgarce, Zori, byłam zszokowana, że jej to kompletnie nie zdziwiło, na co ona mi mówi: „Wiesz, w Bułgarii pracowałam dla japońskiego szefa. I jak nie miałam co robić, to on mi kazał sprawdzać, co to za buczący dźwięk wydobywa się z toalet w naszym biurze. I powierzał mi tę sprawę zupełnie na poważnie przykazując, żebym się tym zajęła. Tylko dlatego, że nie można w japońskiej firmie nawet przez chwilę nie mieć nic do roboty. Więc nie, za bardzo mnie to nie dziwi.” No coż, ja nigdy nie pracowałam w japońskiej firmie i dopiero teraz rozumiem, dlaczego nawet niektórzy Japończycy ani myślą! Nie mówię, może nie jest do końca lepsze to, że w Europie w pracy niektorzy pracują 1/7 czasu, a 6/7 siedzą na facebooku, twitterze, gadu-gadu, skypie i czym tam jeszcze. Ale z drugiej strony, jak nie można w pracy nawet przez minutę nic nie robić, dopiero wtedy widać rażącą różnicę pomiędzy japońskim a europejskim podejściem. Mój kręgosłup też poczuł tę różnicę i jak sobie wracałam do domu na piechotę w niedzielę wieczorem, zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno moja wymarzona, wystarana japońska praca, jest dla mnie?
  Potem nastąpił tydzień przerwy od serwowania ludziom kawy po posiłku, u końca którego dostałam maila z wyszczególnieniem moich następnych dni i godzin pracy. Nic szczególnego, Menadżer pisał do mnie maile wiele razy wcześniej. Tym razem jednak w mailu trzykrotnie było napisane, żebym się starała (no naprawdę ja się bardzo dzielnie starałam, a oni tego nawet nie zauważyli i nie docenili?!?), a na koniec dorzucone zdanie: „I pamiętaj, nie wolno używać perfum.” To zdanie wbiło mnie w łóżko. Faktycznie, być może pierwszego dnia w pracy, więdząc, że się potem spotykam z Zori i jej znajomymi, użyłam minimalnej ilości perfum, ale trzeba być chyba psem policyjnym, żeby to wyczuć, zwłaszcza przy japońskim zachowywaniu dystansu między ludźmi i wśród restauracyjnych zapachów czosnku i pomidorów. Poczułam się nie dość, że szpiegowana, to jeszcze potajemnie obwąchiwana (opcja trzecia: donosicielstwo!) i zaczął we mnie narastać bunt, pt. „Co to to nie! Ja się mogę niesamowicie starać, ale żeby mnie ktoś wąchał i upominał?!?!!!? Tego już za wiele!” O naiwności słodka! Tegoż samego dnia pojawiłam się w pracy z kiełkującym już ziarnem wątpliwości, czy spełnienia naszych marzeń nie są czasem naszym przekleństwem. I zaraz na samym wstępie, po odbębnieniu wszystkich procedur higieny (jedno co mogę powiedzieć to to, że knajpa ta naprawdę jest czysta i że nawet po zobaczeniu kuchni w dalszym ciągu mogę i będę tam jeść!), kiedy podpisywałam się w dzienniki obecności, zastępczyni Menadźera wydała z siebie przeraźliwy okrzyk na tonie nieco wyższym niż SO: „Paznokcie!”. No tak, paznokcie. Specjalnie zmyłam z nich bezbarwny lakier tegoż poranka (po co prowokować psią policję, skoro wyczuła perfumy, kto tam ich wie, może wyczułaby i lakier?), nie przyszło mi jednak do głowy, żeby je obcinać, bo przecież nie pracuję w kuchni, tylko rozlewam drinki, na miłość boską. Paznokcie miałam zdecydowanie krótsze niż jakakolwiek polska urzędniczka (tak 1/3 tej długości), bardzo czyste (a nawet gdyby były brudne to i tak już je wyszorowałam byłam specjalną szczotką, stosując się do skomplikowanej procedury mycia rąk w restauracji), generalnie, do rodzaju pracy, który miałam tego wieczoru wykonywać bez zarzutu, powiedziałabym. Ale Nanahara-san miała inne zdanie na ten temat, dając mi swoimi okrzykami do zrozumienia, że nie tylko moje perfumy są niemile widziane w tej pracy. Moje paznokcie też. Zawstydzona schowałam za siebie ręcę, pokiwałam głową, powiedziałam: „Dobrze, rozumiem, następny raz przyjdę w krótkich paznokciach.” I myślałam, że na tym się to skończy. O naiwności moja po raz drugi!! Nie minęło pięć minut, jak mnie wołają i dają mi do rąk obcążki do paznokci (czy to się tak nazywa? Nie pamiętam, szczerze powiedziawszy, jak się na to coś mówi), żebym sobie natychmiast je obcięła. Po pierwsze, nie lubię używać maszynek należących do Bóg wie kogo, po drugie pytam się, gdzie mam to zrobić, a Nanahara-san wskazuje mi kąt, gdzie patrzy na mnie cała ekipa kuchenna. Wrr....Na podorędziu miałam wszędobecny alkoholowy spray, więc przełknąwszy swoje zdegustowanie, zrobiłam, jak kazali, ale...O jedne obcążki za daleko.
  Później ochoczo zamieniłam się z dziewczyną stojącą na zmywaku (oddając jej moje „prestiżowe” miejsce w barze, bo na zmywaku przynajmniej nikt mnie nie widział i mogłam się od czasu do czasu przeciągnąć (a naczynia i tak zmywa zmywarka, trzeba je tylko nieustannie wkładać i wyjmować) albo właśnie nie robić nic przez 30 sekund (niestety, minuta by nie przeszła, zaglądają nawet za zmywak). I z każdą kolejną godziną wiedziałam już, jak ta historia się skończy....Żal mi było moich młodych towarzyszy pracy, z którymi - czułam - mogłabym się nawet zaprzyjaźnić. Żal mi było doświadczenia (bo nawet przez trzy dni bardzo dużo się nauczyłam, jeśli chodzi o japoński chociażby), perspektywy bycia wyjątkową (jedyną kelnerką gaijinką w restauracji - taką egzotyczną atrakcją;-) i paru innych rzeczy jeszcze. Ale po trzech dniach niesamowitego starania się i ciężkiej pracy mój kręgosłup i moja duma miały już trochę dość. W kóncu jeśli skończę trzy fakultety to po to, żeby kiedyś mieć wlasną knajpę, w której pozwolę kelnerom na dwie minuty nic nie robienia na każdą godzinę pracy (hmmm, może nawet trzy;-).
  Tego samego wieczoru zrezygnowałam. Na tym zatem kończy się historia o tym, jak zostałam Najgorszym Pracownikiem Roku w Japonii. Czekam aż mi pocztą prześlą jakąś nagrodę albo chociaż dyplom. Jego też powieszę w swojej restauracji!


sobota, 29 maja 2010

5月30日 czyli o tym, jak w pewien czwartek postanowiłam nauczyć porządku japońskie społeczeństwo...
(aka: ile worków ze śmieciami potrzeba, żeby rozgniewać jedną umiarkowanie spokojną Polkę?)

W czwartek przebrała się miarka. Postanowiłam, że jeśli jeszcze jeden dzień będę musiała znosić worki ze śmieciami moich sąsiadów, leżące sobie beztrosko od tygodnia prawie na naszej klatce schodowej, źle się to skończy. Zaczęłam nawet obmyślać plan, jakby tu przykleić im na drzwiach kartki z napisam "Jak się Szanownemu Panu widzi wyrzucenie jeszcze szanowniejszych śmieci tudzież trzymanie ich po wewnętrznej stronie szanownych drzwi?!?", tak, żeby się nie zorientowali, że notkę napisała im gajdzinka. Kuba sugerował wycinanie japońskich liter z gazety, na wzór tandentnych morderców z amerykańskich filmów, bądź wydrukowanie tekstu na komputerze...Ja rozważałam wszystkie dostępne mi możliwości, bo krew mnie zalała, kiedy w czwartek rano, wychodząc z domu okazało się, że na skutek silnego wiatru (nasza klatka schodowa jest jakby "na dworze") jeden z ów worków rozwiązał się był w nocy i teraz śmieci hulają sobie po naszym korytarzu, a mi w prezencie dostała się skorupka od jajka czekająca na mnie wesoło przed drzwiami wejściowymi, nieświadoma zupełnie faktu, iż była tę jedną skorupką za daleko...Zaciskając zęby, poszłam wszak na uniwersytet, poprzysięgając sobie w duchu, że jeśli za mojego powrotu do domu skorupka sprzed moich drzwi nie zniknie, pójdę na otwartą wojnę z moimi nowymi sąsiadami!!! Na uniwersytecie próbowałam przy kawie uspokoić moje skołatane nerwy, ale na nic się to nie zdało, albowiem próbując wyrzucić plastikowy kubeczek od kawy zobaczyłam, co następuje....

tłumaczenie: kosz na plastikowe butelki (tylko i wyłącznie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!)

kosze do wyboru i koloru przed stołówką uniwersytecką na moim kampusie (od lewej kolejno kosze: na papierowe kubki, na puszki aluminiowe, na plastkikowe butelki, na śmieci recyklingowalne, na śmieci nierecyklingowalne, na papier, znów na puszki, znów na buletki, i tak w kółko...)

Dla niewprawnego oka pierwsze zdjęcie przedstawia po prostu kosz na śmieci. Dla mnie jest to dowód degeneracji japońskiego społeczeństwa, ze szczególnycm uwzględnieniem japońskiej młodzieży!!!Dlaczego? Ponieważ nawet ja potrafię przeczytać opisy na japońskich koszach na śmieci i nawet ja, nigdy wcześniej w życiu nie segregując śmieci zbyt dokładnie, nie wrzucam śmieci byle jak, zwłaszcza jeśli mam obok siebie 10 koszy do wyboru do koloru!!!!!!!!Jest to dla mnie doprawdy zaskakujące, że pojawia mi się piana na ustach, jak widzę coś takiego. Nie spodziewałabym się po sobie tak gwałtownych reakcji, zwłaszcza, że w stołówce regularnie używam jednorazowych pałeczek, co niektórzy przyjaźni środowisku znajomi mają mi za złe;-)
A wszystko zaczęło się od tego, że odkąd wprowadziłam się do mojego mieszkania, administracja regularnie zaczęła w windzie przypinać ogłoszenia o tym, jak strasznie nieporządnie i nie podług reguł wyrzucamy śmieci i że jeśli kogoś złapią to będą pieniężne kary, etc. Dostałam też cały podręcznik po japońsku od firmy wynajmującej mi mieszkanie, a wszystko po to, żebym dostosowała się do japońskich reguł i funkcjonowała w symbiozie z systemem gomi bunbetsu czyli segregacji śmieci (system ten w Japonii jest równie skomplikowany jak fizyka kwantowa, zdawałoby się, a może nawet bardziej =P). Nie można np. wyrzucać śmieci w plastikowych workach z Carrefoura (chociaż to właśnie był zawsze mój sposób recyklingowania plastikowych toreb i wydawał mi się całkiem zmyślny i przyjazny środowisku) - trzeba kupić piekielnie drogie (jedna paczka 10 worków na śmieci to około 17 PLN) worki na śmieci sygnowane przez urząd miasta (nie można, Broń Boże, użyć worków z pobliskiego miasta, nawet jeśli sklep z nimi jest dużo bliżej i wydawałoby się to logiczniejsze). Nie można wyrzucać butelek plastikowych nie umywszy ich wcześniej. Jak się chce wyrzucić dużą, starą lampę, na ten przykład, to trzeba kupić specjalny kupon i zapłacić za "wywóz dużego śmiecia" (tę historię znają wszyscy, którzy czytali Bruczkowskiego - nie jest ona wyssana z palca, bynajmniej!). I tak dalej, i tym podobne...No więc najpiew się trochę pooburzałam, a potem postanowiłam się dostosować i teraz butelki noszę gdzie indziej, plastik wyrzucam do jedych drogich worków, śmieci palne do drugich drogich worków, puszki, szkło, papier - wszystko osobno i umyte. Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy się zorientowałam, że moi sąsiedzi mają gdzieś WIELKIE JAPOŃSKIE REGUŁY ŻYCIA SPOŁECZNEGO i że choć ja się dostosowałam najlepiej jak umiałam, oni - o zgrozo! - wyrzucają plastikowe butelki razem z innymi śmieciami w pierwszych lepszych plastikowych workach. Że co?!????????????????????????????????????????????????????????????Niech mnie kule bują, co to za double standards!?!!?!!?!!!!???

Było to jedno z moich największych rozczarowań wielką i wspaniałą kulturą japońską odkąd tu przyjechałam, muszę przyznać. Odkrycie dwulicowości japońskiego systemu reguł, który charakteryzuje się tym, że reguł trzeba przestrzegać, ale kiedy nikt nie patrzy można mieć je gdzieś. Nic to, że w urzędzie nikt mi nie wyrządzi najmniejszej przysługi, jeśli jest wbrew najmniejszej urzędowej regule (bo wszyscy patrzą ze swoich cubicles!!!!!!!), śmieci można wyrzucać, nie przejmując się regułami, niech się nimi Gajdzin przejmuje! Na takie sposób myślenia, gajdzin, a raczej gajdzinka, reaguje dość agresywnie...Poprzysięgając dogrobową zemstę tym, ktorzy wymagają ode mnie japońskości i japońskiego modelu zachowania na wszystkich płaszczyznach społecznych, sami czasem mając go głęboko w.....Ufff, wyżyłam się, pisząc tego posta, mogę teraz powrócić do japońskiej uprzejmości, kłaniania się sąsiadom i nieprześladowania japońskiej młodzieży....Do czasu, aż kolejnemu sąsiadowi znów się rozsypie worek ze śmieciami...

Epilog: Nie przykleiłam tego dnia sąsiadom kartek z pogróżkami na drzwiach, bo kiedy wróciłam do domu zastałam korytarz posprzątany...musieli chyba gdzieś wyczytać, do czego zdolna jest rozgniewana Polka;-)