Majówka na Koya-san... Wczoraj wróciłam z mojej trzydniowej majówki na górze Koya, na której ponoć znajduje się "utracona dusza Japonii"...Poza duszą, jest tam około setka świątyń i wielki cmentarz buddyjski (tak około 1,5 miliona nagrobków) w lesie...Było naprawdę rewelacyjnie, spałam w klasztorze buddyjskim (który jednocześnie jest takim eleganckim hostelem) odpoczęłam rewelacyjnie, mimo wstawania codziennie o 6 rano na modlitwy...:) Trudno opisać całość wrażeń, jakie stamtąd przywiozłam...Można je chyba streścić stwierdzeniem, że permanentnie zadziwia mnie to, że Japonia mnie zachwyca...(no bo przecież spodziewałam się trzęsień ziemi i karaluchów:)))
Japońska zielem rodem z "Domu latających sztyletów"...Takiej zieleni jeszcze nie widziałam nigdzie, zastanawiałam się nawet, czy oni nie podlewają tu lasem jakiś płynem fosforyzującym, czy coś...
Wybrałam się na wycieczkę szlakiem "pielgrzymujących kobiet" (tak się nazywał, nie wymyśliłam tego;), ale byłam bardzo rozczarowana tym, że na szczytach nic (!) nie było widać, bo były całe porośnięte drzewami, żadnej nagrody za mozolne wspinanie się≤ jedyne zdjęcia i widoki udało mi się zobaczyć po drodze na szczyty, a to i tak w niewielu miejscach. No ale ładne były te widoki...
Sis! Bardzo fajne zdjecia i opowiesci! Wogole strasznie sie ciesze ze ta japonia tak Ci sie podoba - moze i ja sie do niej przekonam jak juz kiedys tam dotre ;) Ale naprawde slicznie wyszlas na tych zdjeciach na ktorych Cie widac ;) Buziaczki. Asia
OdpowiedzUsuńoglądałaś dom latających sztyletów? wow :)
OdpowiedzUsuńfajny film :D
zdjęcia też fajne - a co do kolorów Japonii, to czekaj na jesień :D
No, strasznie lubię "dom latających sztyletów":)
OdpowiedzUsuńDzięki za komentarze, Piotrek, nota bene, do Twojej narzeczonej to się muszę odezwać chyba na prywatnej linii, bo mimo zaczepek ona mi tu nic nie chce skomentować, nawet mojej japonistycznej ignorancji;), chyba dzisiaj do niej napisze (możesz ją postraszyć:)